Europejski Portal Młodzieżowy
Informacje i możliwości dla młodych ludzi w całej Europie

Dla wrogów miecz, dla przyjaciół wino

Gruzini uwielbiają biesiadować. Na tradycyjnej uczcie - suprze - najważniejszą osobą jest przewodnik, czyli tamada. Odpowiada za wznoszenie toastów, które mogą trwać od kilku minut do pół godziny. Pije się z rogów, które mogą zmieścić się nawet 2l wina. Rogów nie można odstawić, gdy są napełnione, więc trzeba wypić wszystko na raz – opowiada wolontariuszka. (fot. © Vladimier Shioshvili - flickr.com)
Przez dwa miesiące wolontariuszka z Białej Podlaskiej - Małgorzata Goławska - odkrywała uroki Gruzji.

„Kiedy Bóg rozdawał ziemię poszczególnym narodom, powstało ogromne zamieszanie. Każdy chciał otrzymać najlepszy skrawek globu. Tylko Gruzini cierpliwie czekali, bawiąc się, śpiewając i ucztując. Gdy ziemia została już podzielona, okazało się, że Bóg zapomniał o Gruzinach. Ich pogodne usposobienie jednak na tyle spodobało się Stwórcy, że oddał temu narodowi najpiękniejsze miejsce, które chciał zostawić dla siebie. Był to rajski zakątek, pełen żyznych pół i malowniczych gór.” Legenda ta bardzo wiele mówi o Gruzji i jej mieszkańcach. Uroki tego kraju podczas dwumiesięcznego wolontariatu odkrywała bialczanka Małgorzata Goławska.

 

Zapytana o pasje, bez zastanowienia odpowiada: – Podróże. Mimo młodego wieku, zdążyła już odwiedzić wiele europejskich państw i przekonać się, jak wygląda życie ich mieszkańców. Małgorzata jest studentką filologii romańskiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, gdzie aktywnie działa w kole romanistów oraz italianistów. Bialczanka należy również do lubelskiego oddziału stowarzyszenia Viva, zajmującego się walką o humanitarne traktowanie zwierząt.

 

Część wyjazdów Małgorzaty wiązała się z kierunkiem jej studiów. Przez pół roku w ramach programu Erasmus mieszkała i studiowała w Bergamo we Włoszech, odbyła także trzymiesięczne praktyki studenckie na Sycylii, ponadto była wolontariuszką we Francji. Podczas zeszłorocznych wakacji pracowała jako au pair w Szwajcarii. Wśród jej podróży są również wyjazdy czysto turystyczne, głównie do Francji, czy Hiszpanii. Większość miejsc, do jakich dotarła, stanowią kraje Europy Zachodniej, ale ostatnio zainteresował ją również Wschód.

 

Kierunek Gruzja

 

Po przeczytaniu stosu książek, przejrzeniu wszelkich dostępnych blogów i stron internetowych na temat Gruzji, zafascynowana tym krajem bialczanka zapragnęła go odwiedzić. Doskonałą ku temu okazją był wyjazd na wolontariat. Umożliwił to European Voluntary Service, w ramach programu „Młodzież w działaniu”.

 

Małgorzata zamieszkała w północno-zachodniej części kraju, przy granicy z Abchazją, niedaleko miejscowości Zugdidi, w której przez dwa miesiące, w lipcu i sierpniu, pracowała podczas letnich półkolonii. Zugdidi to sześćdziesięciotysięczne miasto, słynące z dużej liczby uchodźców zamieszkujących jego przedmieścia. To także główny punkt przesiadkowy dla osób, chcących dostać się w góry w regionie Sanetia.

 

Razem z innymi wolontariuszkami, Gruzinkami, Małgorzata prowadziła zajęcia dla dzieci w wieku od ośmiu do piętnastu lat. Uczyła języka angielskiego oraz włoskiego.

 

– Zajęcia trwały po cztery godziny dziennie. Starałyśmy się, aby miały atrakcyjną formę. Chciałyśmy, żeby nauka na koloniach była mniej formalna niż w szkole, żeby to nie była nauka z podręczników. Przygotowywałyśmy różne gry, zabawy, pokazy filmów, dyskusje, a nawet karaoke po angielsku. Dzieci podchodziły do tego z dużym zaangażowaniem. Praca z nimi była bardzo przyjemna. Ciągle przytulały się do mnie, robiły zdjęcia, uczyły mnie mówić po gruzińsku. Na koniec dostałam od nich mnóstwo prezentów: przepiękne laurki i bransoletki – wspomina Małgorzata, dodając, że Gruzini są bardzo otwarci, szybko nawiązują kontakty i zaprzyjaźniają się.

 

Pierwsze wrażenia

 

Z perspektywy wielu Polaków Gruzja jest nadal postrzegana jako kraj egzotyczny i mało rozwinięty. – Niektórzy pewnie spodziewają się, że nie ma tam wody, prądu. Tymczasem wszystko jest. Ludzie boją się Gruzji ze względu na konflikt w Abchazji. Znajomi często odradzali mi wyjazd, pytając: „Po co tam jedziesz?”. Ale ani razu nie doświadczyłam żadnej przykrej sytuacji – mówi bialczanka.

 

Już na lotnisku ludzie wydali jej się niezwykle sympatyczni i weseli. – Pamiętam, że cały czas ktoś żartował, ktoś się śmiał. Później ciągle spotykałam się z podobnymi sytuacjami. Gruzini zawsze mają dobry humor. Pomyślałam, że bardzo przyjemnie musi im się żyć – wspomina.

 

Tym, co zaskoczyło wolontariuszkę, były stada bydła na ulicach. – Kiedy pierwszy raz jechałam z lotniska na wieś, byłam w szoku, bo cała droga była zajęta przez krowy, które stały wszędzie. Trzeba było omijać je slalomem, zatrzymywać się i trąbić, bo w żaden sposób nie można było przejechać – opowiada studentka.

 

Prawdziwe życie na wsi

 

Podczas pobytu w Gruzji, Małgorzata mieszkała na wsi w domu swojej szefowej, dzięki czemu mogła obserwować, a nawet uczestniczyć w codziennym życiu typowej gruzińskiej rodziny. – Gruzini stawiają rodzinę ponad wszystko. Jest dla nich najważniejsza. Normą są tam wielopokoleniowe domy. Sąsiedzi to bardzo często krewni. Rodzina żyje blisko i zawsze trzyma się razem. Jeżeli zdarza się taka sytuacja, że spóźnisz się lub nie przyjdziesz do pracy, bo pomagasz komuś z rodziny, na przykład podwozisz ciocię do lekarza, czy robisz zakupy sąsiadce, to nikt nie robi ci z tego powodu żadnych problemów. Wszyscy to zrozumieją – zapewnia.

 

Po chwili dodaje: – Życie z rodziną było fantastycznym przeżyciem. Gdybym mieszkała w mieście, w Zugdidi, z innymi wolontariuszami, nie miałabym tak naprawdę szansy na poznanie kultury gruzińskiej. Pewnie ciągle rozmawialibyśmy po angielsku, a w tej sytuacji musiałam nauczyć się rosyjskiego, żeby móc rozmawiać z rodziną, z którą mieszkałam. Na wsi łatwiej też zintegrować się, na przykład z sąsiadami. Życie na wsi wygląda po prostu prawdziwiej niż w miastach.

 

Gruzińska gościnność

 

Gruzini słyną na całym świecie z ogromnej gościnności. Małgorzata mogła przekonać się o tym już pierwszego dnia, kiedy większość mieszkańców pobliskich domostw przyszła poznać nową sąsiadkę. – Wszyscy byli podekscytowani, tym, że na ich wsi będzie mieszkać Polka. Sąsiedzi zapraszali mnie do siebie, więc później musiałam każdego po kolei odwiedzić, z każdym zjeść i oczywiście wypić. Potem z sąsiadami widywaliśmy się już codziennie – opowiada.

 

Życzliwi i gościnni są również ludzie spotkani przypadkowo. Chętnie pomagają, zwłaszcza Polakom, których, jak zapewnia bialczanka, darzą wielką sympatią. – Gruzini zawsze wypowiadają się o naszych rodakach bardzo pozytywnie. Spotykałam się więc z fantastycznymi reakcjami. Pewnego razu zostałam zaproszona na biesiadę urodzinową i jako gość z Polski dostałam honorowe miejsce przy stole. Wznoszono toasty za mnie, za Polskę, za zmarłego prezydenta Kaczyńskiego, za moją rodzinę. To było bardzo miłe – wspomina Małgorzata.

 

Biesiada po gruzińsku

 

Jednym z ulubionych zajęć Gruzinów jest biesiadowanie. Bardzo często wyprawiane są tradycyjne uczty, tak zwane supry. – Najważniejszą osobą jest na niej przewodnik, czyli tamada. To osoba odpowiadająca za wznoszenie toastów, bo nie jest tak, że pijemy w dowolnym momencie. Tamada wznosi toast, który potrafi trwać od kilku minut do pół godziny. Kiedy przewodnik mówi, wszyscy czekają, słuchają, potakują, uśmiechają się i w końcu wołają: „No to pijemy za…”. Ciekawe jest to, że w Gruzji wznosząc toast, nie mówi się „na zdrowie” czy „pomyślności”, ale „zwycięstwa”. Pije się z kieliszków, albo z glinianych miseczek, bądź z rogów, w których mogą zmieścić się nawet dwa litry wina. Zazwyczaj to mężczyźni z nich piją, ale ja, jako gość, też musiałam. Z rogów pije się, ponieważ nie można ich odstawić, gdy są napełnione, więc podczas toastu trzeba wypić wszystko na raz – opowiada.

 

Istotny element gruzińskiej biesiady stanowi tradycyjne jedzenie. – Najsłynniejsze dania to chaczapuri, czyli placek z serem, chinkali – pierożki w kształcie sakiewek, szaszłyki, lobio - potrawka z fasoli oraz bardzo popularne bakłażany, na przykład z orzechami. W moim regionie często jadło się też mamałygę, czyli białą kaszę kukurydzianą. Mięso pojawia się bardzo rzadko, tylko przy okazji spotkań, bo jest dosyć drogie. Na biesiadach co chwila donosi się nowe potrawy, które stawia się jedna na drugiej. Tworzą się wtedy wielkie góry talerzy pełnych pysznych dań – mówi Małgorzata.

 

Religia, przesądy i metoda na długowieczność

 

Naród gruziński charakteryzuje duża religijność. Jako wyznawcy prawosławia, wiele aspektów życia wiążą ze sferą wiary. – Gruzini często poszczą. Pamiętam, że w sierpniu obchodzone było święto maryjne, poprzedzone dwutygodniowym postem, podczas którego Gruzini nie jedli nie tylko mięsa, ale też produktów mlecznych oraz miodu – opowiada bialczanka.

 

Interesujący jest sposób, w jaki odbywają się pogrzeby, które w Gruzji trwają co najmniej pięć dni. – Przez kilka dni ciało zmarłego leży w domu, w głównym pokoju i wszyscy sąsiedzi oraz znajomi przychodzą codziennie, aby pożegnać i okazać szacunek zmarłemu. Pogrzeb to bardzo ważna uroczystość. Niektórzy twierdzą, że nawet ważniejsza niż wesele. Na pewno dużo bardziej uroczysta i przy okazji droższa – zauważa.

 

Religijność Gruzinów nie przeszkadza im w jednoczesnym byciu przesądnymi. Kiedy pewnego wieczoru Małgorzata zauroczona ilością gwiazd na niebie zaczęła je liczyć, znajomi natychmiast jej przerwali. W Gruzji istnieje bowiem przesąd, że kto liczy gwiazdy, ten będzie miał kurzajki. Innym razem, gdy wycierała stół, dowiedziała się, że nie wolno tego robić przy pomocy papierowej serwetki, ponieważ może to spowodować kłopoty finansowe. Podobnych wierzeń i przesądów Gruzini znają mnóstwo.

 

Mieszkańcy Gruzji prowadzą spokojne życie, bez zbędnego pośpiechu i stresu. – To ludzie długowieczni. Zdrowo się odżywiają: jedzą dużo warzyw i mało mięsa, często przebywają na świeżym powietrzu, piją pochodzącą ze źródeł mineralnych dobrą wodę, mają dosyć łagodny klimat. Dzięki temu żyją po sto lat. Na przykład babcia mojej szefowej przeżyła ich sto piętnaście, a jej ojciec, który ma osiemdziesiąt cztery lata, wygląda co najwyżej na sześćdziesiąt – mówi wolontariuszka.

 

Patriotyzm kontra ekologia

 

– Gruzini są patriotami. Wszędzie wiszą flagi państwa, a ludzie zawsze wstają podczas hymnu narodowego. Pamiętam, że podczas półkolonii spóźniłam się na zajęcia. Za karę musiałam zaśpiewać swój hymn. Tego dnia za późno przyszła też inna wolontariuszka, Gruzinka. Kiedy tylko zaczęła śpiewać hymn, wszyscy wstali i przyłączyli się do niej. Nawet ci, którzy byli w innych pomieszczeniach. To robiło wrażenie – mówi studentka.

 

Naród jest zaangażowany w sprawy państwa, zainteresowany polityką, niestety często brak z jego strony działań na rzecz kraju i wspólnego dobra. – Nie podobało mi się to, że ludzie nie przejmują się ekologią. Pełno jest śmieci w lasach, górach i rzekach. Gruzini tłumaczą to tym, że bardziej troszczą się o własne domostwo, a to, co za płotem, to już wspólne, czyli niczyje, więc już nikt nie musi o to dbać. Szkoda, bo gdyby było inaczej, Gruzja byłaby chyba najpiękniejszym krajem na świecie – zauważa.

 

Kraj przemierzyć wzdłuż i wszerz

 

Wolontariat to nie tylko praca. Jest też czas wolny, który każdy może spożytkować według własnego uznania. Małgorzata wykorzystała go na zwiedzanie Gruzji. Odwiedziła wszystkie regiony i najatrakcyjniejsze miejsca. – Byłam na wybrzeżu: w Kobuleti, w słynnym kurorcie Batumi, w znanym z piaszczystej plaży z czarnym i podobno leczniczym piaskiem miasteczku Ureki. Zwiedziłam też Tibilisi. Stolica kojarzy mi się głównie z pięknym starym miastem, łaźniami oraz ogromnym metrem, w którym roznosi się zapach siarki, ponieważ znajdują się tam jej złoża. W Tibilisi na uwagę zasługuje także kamienny posąg Matki Gruzji, trzymającej miecz i miseczkę na wino, co tłumaczy się jako: „Dla wrogów miecz, dla przyjaciół wino”. Największe wrażenie wywarła na mnie Swanetia, region położony w górach. Tutaj znajduje się najwyżej położona zamieszkana wioska w Europie, Uszguli. Region słynie z wież, w których mieszkano zimą, gdy domy były zasypane śniegiem, służących także do obrony – opowiada.

 

Bialczanka podróżowała najczęściej pociągiem lub tak zwanymi marszrutkami, ale zdarzało się jej korzystać z autostopu. – Kiedy chciałam pojechać do Uszguli, uciekł mi autobus. Po chwili czekania, zatrzymał się samochód policyjny. Chociaż policjanci nie wybierali się do Uszguli, to stwierdzili, że pojadą ze mną, bo jest niedziela, mają wolne i sami jeszcze nigdy nie byli w tej miejscowości. Zawieźli mnie na miejsce i przywieźli z powrotem. Zresztą inni Polacy też mieli podobne doświadczenia. Moja koleżanka jechała od jednego do drugiego miasta autostopem z policją. Funkcjonariusze, z którymi podróżowała, dzwonili po następnych i tak, po kilku przesiadkach, bezpiecznie dotarła do celu. Gruzińska policja jest wspaniała. Bardzo często korzystałam z jej pomocy – wspomina.

 

W planach kolejne podróże

 

– Wolontariat w Gruzji dał mi bardzo wiele. Najbardziej cieszę się z przyjaźni i znajomości, jakie tam zawarłam. Wyjazd, podobnie jak moje inne podróże, pomógł mi poprawić umiejętności językowe, nauczył samodzielności, odwagi, bezstresowego podejścia do życia i optymizmu – zapewnia Małgorzata, która już planuje kolejne podróże.

 

Jeszcze we wrześniu wybiera się na trzy miesiące do Włoch, a od stycznia wyrusza do Rumunii na praktyki dla studentów kierunków nauczycielskich w ramach programu Comenius. – Jeśli ktoś lubi podróżować, to powinien zainteresować się zagranicznym wolontariatem lub stażem. To fantastyczna okazja na zdobycie nowych doświadczeń i na poznanie świata.

 

Tekst Magdy Pawluk ukazał się w Tygodniku Słowo Podlasia

Opublikowane: śr., 20/11/2013 - 09:46


Tweet Button: 


Info for young people in the western balkans

Potrzebujesz pomocy lub porady ekspertów?

Mam pytanie