Europejski Portal Młodzieżowy
Informacje i możliwości dla młodych ludzi w całej Europie

Londyn, 8:15… i co dalej?

fot. Martin Hesketh (CC BY 2.0)
Matura – pierwszy ważny egzamin. Kinga – maturzystka z 2009 roku - wspomina ten czas jako okres ważnych życiowych wyborów. O emigracji za pracą, perspektywie nowego życia i zderzeniu z rzeczywistością rozmawiała z Wiktorią Całus.

Wiktoria Całus: Miałaś 19 lat, jedną torbę, chłopaka z Internetu i bilet. Był 22 maja 2009 roku.

Kinga Całus: Zdałam wtedy ostatni ustny egzamin z języka polskiego. Na 100%, choć wynik mnie nie interesował. Wyszłam z egzaminu, pożegnałam się z rodzicami i kilka godzin później byłam już w stolicy. Spędziliśmy noc na remontowanym wówczas Okęciu. Było zimno i pusto, jak na filmach. Denerwowałam się, bo pierwszy raz miałam lecieć samolotem.


Jak przywitała was Anglia?

Zimnem i deszczem. I z tym będzie mi się kojarzyć już zawsze. Słoneczne dni na północy można liczyć na palcach jednej ręki. Ale my byliśmy młodzi, zapatrzeni w siebie i w perspektywę wolności. Bez nakazów i zakazów, po tej koszmarnej maturze. Nie musieliśmy nic i mogliśmy wszystko.


Musieliście iść do pracy, to był cel waszej podróży…

Owszem, ale nie wtedy. Wtedy na lotnisku w Liverpoolu było wspaniale – ciepło, gwarno, nowocześnie. W porównaniu do remontowanego Okęcia, port lotniczy Lennona był przedsionkiem do lepszego świata, wystarczyło znaleźć się za szklanymi drzwiami i czerpać z życia garściami.


Brzmi sielankowo…

Proza życia przywaliła nam prosto w twarz, gdy weszliśmy do wynajętego przez telefon pokoju. Parter paskudnej dzielnicy, w szeregowcu. Dzieliliśmy mieszkanie z dziesięciorgiem innych, niestroniących od alkoholu Polaków. Pokój był brzydki, morelowy, z wytartą niebieską wykładziną, poplamionym materacem, ohydnymi firankami i odrapaną ławą. Zamiast szafy był drewniany, przemysłowy stelaż z lnianą zasłoną. Siadłam na brzegu tego łóżka rozczarowana do granic możliwości. Zderzyłam się solidnie z brutalną rzeczywistością.


Wtedy był to pierwszy raz. Potem tych zderzeń było więcej…

Agencja pracy. Stosy formularzy. Drugi dzień w Preston. Dopadła mnie bariera językowa. Maturę zdawałam na rozszerzonym, poszła mi świetnie. W agencji nie mogłam wydusić słowa. Trzy czy cztery miesiące chowałam się za plecami Tomka, gdy miałam cokolwiek powiedzieć. Wszystko rozumiałam, ale nie mogłam wydukać zdania.


To było szalenie stresujące… Przeszkadzało w pracy?

Absolutnie nie. Jak większość Polaków, Słowaków i innych emigrantów trafiłam do pracy fizycznej w hali fabrycznej. Na maszynie zbierałam karty, wiesz takie zdrapki – doładowania do telefonów, do różnych krajów na świecie. Pakowaliśmy je do wysyłki, trzeba było być bardzo skupionym, to była praca na nocki, a ty przy jarzeniówkach musisz pakować 600 kart na minutę i patrzeć na małe numerki. Zawsze między 3 a 4 rano miałam kryzysy. Zasypiałam na stojąco. O 6:00 schodziłam z 12-godzinnej zmiany. Padałam w domu, spałam do 16 i o 17.30 byłam ponownie gotowa do wyjścia. Nie pamiętam niemal nic z tego okresu. Funkcjonowaliśmy jak automaty.


Jak długo to trwało?

Pół roku. Kierownik Jim bardzo nie lubił Polaków i często to okazywał, zwłaszcza tym, którzy nie znali angielskiego. Pamiętam sytuację z jednej z nocek. Było zimno, to duża hala, pełna przeciągów. A on dla żartów wylał koleżance butelkę wody na głowę. I biedna Sylwia pracowała tak do rana szczękając zębami.

 

To upokarzające. Spotkała cię kiedyś taka sytuacja?

Raz. Padła maszyna, składałam pudełeczka dla kolejnej zmiany, naklejając na nie naklejki. Bardzo ważne było, by te pudełka były nieruszane – naklejki miały numerki odpowiadające numerom kart z maszyn, trzeba było je brać w określonej kolejności. Jim przyszedł i wywalił mi 400 świeżo obklejonych kartoników. Chciało mi się płakać. Wkrótce potem zrezygnowaliśmy.


Mogliście sobie na to pozwolić?

Tak, mieliśmy trochę oszczędności. Wydawało nam się, że praca tam jest na wyciągniecie ręki, a tymczasem po czterech tygodniach wciąż nie mogliśmy nic znaleźć. Kończyły się pieniądze. Nie grzaliśmy w mieszkaniu (ogrzewanie było na doładowywaną kartę), jedliśmy najtańsze jedzenie, często po lub z krótkim terminem przydatności. Byliśmy pod ścianą, gdy przenieśliśmy się do Manchesteru.

 

Tam było lepiej? Tęskniliście za domem?

Ja bardziej, Tomek był zawsze typem outsidera. Emigracja to ciężka szkoła życia. Nowe miejsce, bariera językowa, ciężka fizyczna praca. Nagle okazuje się, że jesteś odpowiedzialny za swoje życie, że nie ma w zasięgu ręki nikogo, kto cię utrzyma, nakarmi, opłaci rachunki. Musisz sam podejmować decyzje. Z zachłyśnięcia się wolnością przechodzisz do stanu przygniecenia ciężarem rzeczywistości.

 

Nie ma bliskich, ale są inni Polacy. Znajdowaliście w nich oparcie?

Za granicą Polak Polakowi wilkiem i niestety przysłowie to odczuliśmy w pełni. Zawiść, plotki, nadużywanie alkoholu. Życie od piątku do piątku (w Anglii wypłaty dla pracowników fizycznych to tygodniówki). Pomógł mi jeden Polak. Jeden.

 

W czym?

Dostać się na studia. Załatwił formalności, zorganizował kredyt studencki.


Zaraz. Pracujesz fizycznie, nie masz pieniędzy… Skąd pomysł, by tam studiować?

Znienacka. Pracowałam i odczuwałam coraz większą frustrację. Czułam, że ucieka mi młodość. Widziałam zdjęcia znajomych na facebooku – jak się bawią, jak zwiedzają inne miasta, wyjeżdżają na pierwsze Erasmusy. Zawsze byłam ambitna, chciałam tego, a wylądowałam w jakimś magazynie. Czułam się podle, że nie mogłam realizować swoich marzeń.

 

I postanowiłaś studiować.

Nie, pracowałam z taką Magdą, dostała się na biotechnologię, czuła się samotna i namawiała mnie, bym i ja rozpoczęła studia. Szukała przyjaźni. Zapoznała mnie z Maćkiem, który był konsultantem uniwersytetu w Manchesterze.


Czy rekrutacja była trudna? Respektowali wyniki polskiej matury?

Oczywiście. Nawet nie musiałam jej tłumaczyć. Rekrutacja w Anglii wygląda inaczej niż w Polsce. Oprócz formularzy musiałam złożyć opinię jednego z moich nauczycieli… Napisałam do kilku z Polski. Żaden nie odpisał, więc stworzyłam ją sama. No i jeszcze rozmowa kwalifikacyjna.


Czego dotyczy?

To zależy od kierunku. Ja chciałam studiować fotografię. Na rozmowę miałam zgłosić się z wydrukami własnych prac. Podobały się prowadzącym – rekrutowała mnie młoda dziewczyna i starszy około 50-letni mężczyzna. Drugą częścią była rozmowa – talent nie wystarczy, trzeba jeszcze wykazać się znajomością języka i wiedzą. My rozmawialiśmy o pracach Alexandra McQuenna, miałam opisać je. Po 10 minutach pogratulowali mi, byłam przyjęta.


Ale studiów nie rozpoczęłaś…

Każdy kij ma dwa końce. Jedno się układało, drugie się waliło. Tomek nie dostał się na studia, wracał do Polski, by tu zacząć naukę. Dopadło mnie widmo pozostania samej, w obcym mieście, z obcymi ludźmi. Przepłakałam mnóstwo nocy.


I wróciłaś?

Tak, wróciłam. Związku nie uratowałam, ale chyba uratowałam siebie.


Co masz na myśli?

Tak jak powiedziałam. Emigracja to trudna droga. Serwuje nam się obraz sielankowej zagranicy, gdzie można godnie i normalnie żyć. Stworzyć dom. A tymczasem trafiamy na obcą ziemię, porozumiewamy się w obcym języku i poruszamy w obcej kulturze, która choć tez europejska, to jednak inna od naszej. Hindusi, muzułmanie, Cyganie, Polacy, Słowacy, Czesi, Marokańczycy. Wszyscy przyjechali tam za pracą. A pomiędzy nimi rdzenni Brytyjczycy, negatywnie nastawieni do Polaków, o innym od naszego systemie wartości. Anglicy się bawią, żyją chwilą, dużo piją – puby często są pełne, w weekendy miasta nawet małe tętnią życiem. Oni nie mają polskiej potrzeby stworzenia domu i równoległej ambicji, by pracować, osiągać, dorabiać się.  Polacy w Anglii też są różni, z tym swoim życiem od piątku do piątku, przepijaniem wypłat, życiem na pokaz i na złość innym.


Brzmi przerażająco…

Może trochę przejaskrawiam, ale zderzałam się z różnymi rzeczami, które dla mnie, dwudziestoletniej dziewczyny, były niezrozumiałe, niesmaczne i przykre, i każdy rozważający emigrację powinien znać jej ciemne barwy.


A teraz z obecnej perspektywy – emigracja - było warto?

Było. Zdobyłam wiele doświadczeń, podszkoliłam język. Ale dziś nie chcę tam wrócić, bo wiem, że w Polsce też można osiągnąć wiele. Własnymi rękami, bez znajomości. Można pogodzić pracę i studia, nawet na dwóch kierunkach. Można się utrzymać, bawić i żyć, i czuć się jak u siebie.

 

Jak w domu.

Jak w domu, bo tu jest mój dom.

 

Rozmawiała: Wiktoria Całus

 

Opublikowane: pon., 16/05/2016 - 09:53


Tweet Button: 


Info for young people in the western balkans

Potrzebujesz pomocy lub porady ekspertów?

Mam pytanie