Europejski Portal Młodzieżowy

Informacje i możliwości dla młodych ludzi w całej Europie

Fot. Felipe Talavera Armero (CC BY-SA 2.0)

Erasmus różnymi oczami

Polska przystąpiła do programu Erasmus w 1998 r. Od tamtego momentu do 2014 r., według oficjalnych statystyk, z możliwości studiowania za granicą przez kilka miesięcy skorzystało ponad 150 tys. polskich studentów.

Erasmus to jeden z najdłużej istniejących programów Unii Europejskiej – pierwsi studenci skorzystali z niego w 1987 r. Od 2014 r. wchodzi w skład skompleksowanego systemu Erasmus+. Wokół wymian studenckich krąży wiele legend. Często w dyskusjach słychać różne utarte opinie, jak choćby taka, że „Erasmus to wakacje pod palmami” albo „Na Erasmusie nie warto się zadawać z osobami własnej narodowości”. Czy są prawdziwe? Najlepiej sprawdzić je, a przy okazji znacznie pogłębić swoją wiedzę, poznając relacje konkretnych osób. Przed tobą czterech uczestników Erasmusa – różne uczelnie, różne miasta, różni ludzie, różne odczucia. Jak wspominają swoje wyjazdy?


„Nie pojechałam na roczne wakacje”

Między innymi taką różnicę między krążącymi pośród studentów mitami na temat Erasmusa, a rzeczywistością dostrzegła Natalia Fraś, autorka bloga „Zapiski ze świata”. Dzięki wymianie Erasmusa w roku akademickim 2013/2014 odwiedziła hiszpańską Walencję. - „Przez rok tam musiałam się uczyć przynajmniej tyle co w Polsce, jeżeli nie więcej. Czegoś takiego jak taryfa ulgowa zdecydowanie nie było. To mit, że zaliczysz wszystko tylko na to, że jesteś Erasmusem, że masz problem z językiem – takie tłumaczenia nie wchodziły w grę” – mówiła podczas naszej rozmowy.

Uniwersytet w Walencji w wielu aspektach trudno było porównywać z większością polskich uczelni. Bardzo istotny był kontakt na linii profesor – student. - „U nas wciąż wymagane jest tytułowanie, tam zwracanie się do kogoś inaczej niż po imieniu jest niewyobrażalne. Jeśli spotkasz wykładowcę na ulicy, to zatrzyma się, pogada z tobą - zupełnie jak kumpel. Zdziwiło mnie też, że kiedy wykładowca miał konsultacje, studenci po prostu dobijali się do niego drzwiami i oknami, bo czegoś nie rozumieli, bo chcieli się o coś zapytać, bo wpadli na genialny pomysł i chcieli go koniecznie przedyskutować”.


Egzamin nie jest największą świętością

Program zajęć hiszpańskiej uczelni ma zarówno swoje plusy, jak i minusy. Sporym zaskoczeniem dla mojej rozmówczyni były zajęcia, nazywane przez nią wykłado-ćwiczeniami. - „Tak naprawdę każdy mój przedmiot składał się z zajęć dwa razy po dwie godziny – nigdy nie było wiadomo, czego można się spodziewać dokładnie”. Wielką zaletą, którą blogerka chętnie przeniosłaby do polskiej rzeczywistości, był system oceniania. Jak mówiła: „W Polsce irytuje mnie, że systematyczność jest prawie nieistotna, a na koniec i tak jest egzamin, który się zdaje z 20 książek albo z tematyki wykładowej”. W Walencji równie ważnymi, a nawet istotniejszymi składnikami oceny jest obecność na zajęciach, zadania domowe, kartkówki czy testy. Końcowy egzamin wpływał na ostateczną ocenę jedynie w 30 – 50%, zależnie od wykładowcy. Natalia przyznaje, że pracy podczas trwania semestru nie brakowało: „Bardzo dużo zadań domowych, niektóre w formie zabaw, uzupełnianek, krzyżówek, ale jednak zawsze było coś do zrobienia. Poza tym były bardzo skrupulatnie sprawdzane”. Gra była jednak warta świeczki – najaktywniejsi studenci często zaliczali semestr bez konieczności pisania egzaminu.


Na Erasmusie towarzysko

Erasmus to nie tylko zajęcia na uniwersytecie – to też ludzie, miejsca, zwyczaje i kultura. Natalia szczególnie przyjemnie wspomina swoje kulinarne spotkania w gronie przyjaciół: „W każdy czwartek spotykaliśmy się w jednym z trzech mieszkań, żeby wspólnie gotować – utrudnieniem było to, że w kuchni spełniali się zawsze nie-gospodarze. Przez nasze stoły przewijały się smaki z różnych stron świata, bo i nasze towarzystwo pochodziło z różnych kultur – ale nasze spotkania były pretekstem nie tylko do poznawania nowych kuchni, lecz także do rozmowy, do dobrej zabawy czy do wzajemnego poznania się. W Hiszpanii odkryłam, że można trochę zwolnić, i że dalej jest świetnie, jeżeli nie jeszcze lepiej. W Polsce każdy ma skrzętnie zaplanowany dzień, na kawę trzeba się umawiać z tygodniowym wyprzedzeniem. W Hiszpanii jest znacznie więcej czasu na spotkania, wszystko wydaje się bardziej spontaniczne. Nieraz zdarzało się, że w godzinę 20 osobom udawało się skrzyknąć na piknik w ogrodach Turii – zawsze znajdowało się coś do jedzenia i nie brakowało dobrej zabawy”. Jako „wspaniałą okazję do świętowania, zwyczaj, który najbardziej przypadł mi do gustu” Natalia wspomina Święto Ognia (Las Fallas), ogarniające całą Walencję na pięć dni. Więcej o jego obchodach przeczytasz na blogu.

 

Gdy zapytałem o największe korzyści, płynące z udziale w Erasmusie, Natalia, po długim wahaniu, wskazała dwie: „Pierwsza z nich to uświadomienie sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Trafiasz do kraju, o którym nie masz tak naprawdę zielonego pojęcia, nie znasz praktycznie języka, nie wiesz kompletnie, czego masz się spodziewać. Nagle okazuje się że potrafisz się szybko zaadaptować, że potrafisz wejść w te reguły które tam panują. Już po powrocie problemy, które wydawały się gigantyczne, nagle robią się malutkie. Druga rzecz to ludzie – trafiasz do zupełnie obcego środowiska, ale wszyscy są w tej samej sytuacji, startujecie z równego pułapu i nikt nie musi niczego udawać. Poznajesz naprawdę szczerych i prawdziwych ludzi, a przy okazji odkrywasz samego siebie”.


Podróże – to, co lubię

Gdy pytałem Kasię Tutko, autorkę bloga Połącz Kropki (www.polaczkropki.pl) o element Erasmusa, który przesądza o tym, że warto wziąć w nim udział, bez wahania odpowiedziała: „Największą korzyścią były dla mnie liczne podróże. Wycieczki dla osób z wymiany kosztowały niewiele, a także oferta wyjazdów była bogata. Ponadto studenci chętnie wyjeżdżali, poznawali nowe miejsce, więc nie brakowało kompanów do wspólnego podróżowania po Hiszpanii i okolicach”. Blogerka nie próżnowała w czasie wolnym, jaki pozostawiał jej stołeczny uniwersytet – widziała gonitwy byków w Pampelunie, poznała studencki klimat Salamanci,  zwiedziła zawieszoną na skałach Rondę czy też zachwycała się cydrem i górskimi wyprawami w Asturii. Nie mogła też pozostać obojętna Madrytowi – trudno znaleźć zakątek, którego nie widziała. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej, zajrzyj na jej bloga!


Trochę o codzienności

„Erasmusi większość czasu spędzają razem – wychodzą do barów, do kina, na piknik do parku, wspólnie wyjeżdżają. Nie wszystkie znajomości mają szansę przetrwać. Powodem jest oczywiście odległość i to, że każdy wraca do swojego życia. Przy niewielkim wysiłku jest szansa, aby nadal mieć kontakt z przyjaciółmi z wymiany, a nawet co jakiś czas odwiedzać się. Popularne są także spotkania po wymianie, gdzie studenci co roku spotykają się w innym mieście, kraju” – tak właśnie Kasia wspomina swoje kontakty z innymi uczestnikami wymian. Przy okazji rozwiewa też stereotyp typowego Hiszpana: „Zaskoczyło mnie to, że Hiszpanie nie są, aż tak towarzyscy, otwarci i ekstrawaganccy jak się mówi. Na początku znajomości są bardzo zdystansowani i dopiero po lepszym poznaniu otwierają się”.


Nie ma czasu na nudzenie się

Właśnie tak można by podsumować słowa mojej rozmówczyni o siatce zajęć dodatkowych w Madrycie: „ESN bardzo dba o swoich studentów. Poza zajęciami na uczelni możemy zapisać się na język hiszpański, który u mnie kosztował 200 zł za semestr, a zajęcia odbywały się 2 razy w tygodniu. Ponadto samorząd organizował liczne wycieczki po mieście, gdzie poznawaliśmy liczne zakątki Madrytu, tradycyjne potrawy. Osobiście skorzystałam z pokazu flamenco, podróży po Hiszpanii, poniedziałkowych spotkań nastawionych na ćwiczenie jęz. hiszpańskiego, czwartkowych imprez integracyjnych”. Gdy dołączyć do tego naukę uniwersytecką i samodzielne wypady, plan dnia może się stawać napięty.


Erasmus nie tylko w metropoliach

Wiele osób patrzyłoby z powątpiewaniem na ofertę wyjazdu na wymianę do Clermont-Ferrand, miasta w centralnej Francji, liczbą ludności dorównującemu Rudzie Śląskiej czy Rybnikowi. Kinga Bielejec, prowadząca bloga Gadulec (www.gadulec.me) dostrzegła w tej propozycji pozytywy, jak choćby bezpieczeństwo i spokojna atmosfera. Jak mówiła podczas naszej rozmowy, nie miała wyboru, ponieważ jej macierzysta uczelnia we Wrocławiu nie prowadziła współpracy z uniwersytetami zagranicznymi w interesującym ją kierunku – dziennikarstwo i komunikacja wizerunkowa. Ale ostatecznie decyzji o wyjeździe nie żałowała.

Już teraz warto zaznaczyć, że studiowanie na kierunku Kingi nie wpisywało się w stereotypy, według których postrzega się często polski świat akademicki. „Miałam bardzo praktyczne studia – mało teorii, mało egzaminów, mało testów. Panowała miła i przyjazna atmosfera. Stosunki z wykładowcami były bardzo luźne, koleżeńskie – można było się pośmiać, można było pójść zapalić. Ale od swoich znajomych wiem, że to jest wyjątek”. Biorąc pod uwagę specyfikę studiów Kingi, reguły panujące we Francji wypadły w tym porównaniu blado: „Kontakty na linii student – wykładowca były takie, jakie być powinny, czyli z dystansem. Owszem, było kulturalnie, przyjaźnie i tak dalej, ale jednak zawsze oficjalnie. No i studia we Francji były znacznie bardziej teoretyczne. Kolokwia, egzaminy, sporo materiału, były też projekty badawcze, i to było dobre, ale to nie to samo”.


Papiery, papiery wszędzie

Rzeczą, z którą Kinga radziła sobie z trudnościami, były krążące ciągle wokół niej dokumenty: „Biurokracja we Francji jest dramatyczna. Po tamtych doświadczeniach doceniłam Polskę – u nas też wszystko jest skomplikowane, ale nie aż tak. Trzeba chodzić z miejsca na miejsce, tu papierki, tu dokumenty, tu zdjęcia – ciągle czegoś chcieli. Przy tym odsyłali od biura do biura, tutaj nie pracują, tam przerwa, gdzieś pani na urlopie. Na takim załatwianiu zszedł mi praktycznie cały wrzesień”. Jest to pewna przestroga dla przyszłych Erasmusowiczów – nietrudno znaleźć w Internecie hasło, że „Erasmus to papiery przed, papiery w trakcie i papiery po”. Trzeba być na to przygotowanym.


Podróże – tak. Z Erasmusem – niekoniecznie

Clermont-Ferrand wydaje się zbyt małe, aby móc nie ruszać się stąd przez sześć miesięcy. Kinga potwierdziła moje przewidywania: „Sporo podróżowałam ze znajomymi, po okolicy, bo Owernia to bardzo urokliwy, a niedoceniany region Francji, ale też do Lyonu, Bordeaux, Paryża – wszystkie te trzy miasta bardzo polubiłam. W Clermont – Ferrand pewnie istniał jakiś ESN, ale był bardzo słabo promowany i raczej nie wiedziałam o jego działaniach, także wyjazdy były na własną rękę.”


Gdy już nauczymy się na kolokwium

Musiałem zapytać o to, jak wolny czas zajmują sobie studenci w dość niewielkim mieście, jakim jest Clermont-Ferrand. „Cóż, chodzimy na imprezy, domówki, spotykamy się przy kawie, czasami bawimy się na wspólnym gotowaniu. Lubię też spędzać czas w pięknym parku tuż przy uczelni. Francuzi mają też świetny zwyczaj spotykania się na lunchu podczas godzinnej przerwy w pracy. Z jednej strony wraca się później do domu, ale z drugiej ta godzina przydaje się na rozmowę” – streściła swoje sposoby na nudę Kinga. Dowiedziałem się też, że wspaniale wyglądał okres przedświąteczny – jarmark świąteczny, potężna choinka na rynku. „Szkoda, że musiałam wtedy jechać na Boże Narodzenie do Polski, ale nie było wyboru” – skwitowała ze smutkiem.


Czy warto?

Pomimo kilku niedogodności Kinga odpowiada bez wahania: „Myślę, że Erasmus to taka rzecz, z której w ogóle nie wyobrażam sobie nie skorzystać w czasie studiów. Jeżeli mamy taką opcję i możemy poznać inną kulturę, poznać ciekawych ludzi z całego świata i do tego jeszcze uczyć się języka i nabyć nowych umiejętności, no to głupotą byłoby z tego nie skorzystać!”


Francja egzotycznie

Sądzisz, że Erasmusa można spędzić tylko w Europie? Zdecydowanie nie! Na własnej skórze sprawdziła to Antonina Bogdanowska, autorka bloga „Antonita” (www.antonita.pl), która swojego Erasmusa odbywała na wyspie La Reunion. Oficjalnie departament zamorski Francji, faktycznie żyjąca własnym życiem wyspa na Oceanie Indyjskim, położona 700 km na wschód od wybrzeży Madagaskaru. Byłem ciekawy, czy życie tam choć odrobinę przypomina to w kontynentalnej Francji. Antonina powiedziała mi trochę o tamtejszej kulturze i zwyczajach: „La Reunion to mieszanka kultur. Niby jest to Francja, płacimy w euro, ale na każdym kroku można spotkać chińskie czy hinduskie świątynie. Kuchnia Reunionu to także prawdziwa mieszanka. Na La Reunion po raz pierwszy miałam styczność z obchodami hinduskiego święta Diwali, trwającego pięć dni hinduistycznego święta światła. Miałam wtedy okazję spróbować pysznej indyjskiej kuchni i wziąć udział w wielkiej paradzie zakończonej fajerwerkami. Wszystko przy akompaniamencie indyjskiej muzyki.”


Na uniwersytecie – zwyczajowo

Chociaż La Reunion oddalone jest od Europy o tysiące kilometrów, to świat akademicki wydaje się tam nie odbiegać od przyjętych na naszym kontynencie norm. „Z niektórych przedmiotów były same wykłady, a z innych wykłady połączone z ćwiczeniami. Plan zajęć był dosyć napięty, zajęcia odbywały się codziennie. W ciągu całego semestru można było mieć tylko trzy nieobecności. Dotyczyło to jednak głównie studentów miejscowych, Erazmusowcom udało się trochę obejść tą regułę. Stosunki między studentami a wykładowcami były także dość podobne do tych znanych nam z Polski. Byli wykładowcy, którzy nie spoufalali się ze studentami i trzymali nas na dystans. Inni z kolei byli bardziej dostępni i nastawieni przyjaźnie. W grę nie wchodziło na pewno mówienie na Ty” – opowiadała moja rozmówczyni.

Francuscy studenci odnosili się do Erasmusowiczów z wielką życzliwością. „Chętnie wypytywali o nasze kraje, czy próbowali rozmawiać z nami po angielsku czy po niemiecku. Często pracowaliśmy w grupach razem ze studentami stacjonarnymi i to było dla nas chyba najciekawsze, a jednocześnie trudne doświadczenie, bo to właśnie wtedy najbardziej uwydatniały się między nami różnice kulturowe.” – tak Antonina wspomina swoje doświadczenia z wymiany.


Propozycje po zajęciach

W kwestii wypełniania wolnego czasu Antonina ma całe mnóstwo propozycji: „Na La Reunion czas poza zajęciami to najlepszy czas :) Uniwersytet ma szeroką ofertę zajęć dodatkowych i stowarzyszeń. Są zajęcia sportowe, jak np. piłka ręczna. Można zapisać się do stowarzyszenia sportowego i brać udział w ciekawych i tanich wyjazdach. Jest „kółko cyrkowe”, „kółko fotograficzne” i wiele, wiele innych. W wolnym czasie trzeba też oczywiście zwiedzać. Żyjąc w Erazmusowej grupie łatwiej jest się zgrać i jechać na różne wycieczki. Na La Reunion punktem obowiązkowym jest objazdówka dookoła wyspy i podziwianie niezwykłych krajobrazów czy wędrówka na aktywny wulkan Piton de la Fournaise. Do tego dochodzą cudowne plaże, idealne na weekendowy wypoczynek, można wziąć lekcję surfingu czy nurkowania”.

Antonina tak opisuje swoją przygodę z Erasmusem w kilku słowach: „Taki skok na bardzo głęboką wodę, bez koła ratunkowego. Udział w wymianie daje przede wszystkim wielką wiarę w siebie i w swoje umiejętności”. Po chwili dodaje: „Życie z ludźmi z innych krajów, nawiązywanie przyjaźni czy nawet zwykła praca w grupach na zajęciach, daje dodatkowe umiejętności interpersonalne, które nie są tak łatwe do zdobycia kiedy przebywa się tylko z osobami ze swojego kręgu kulturowego”. To właśnie dlatego każdy powinien spróbować Erasmusa!

Krzysztof Andrulonis