Europejski Portal Młodzieżowy
Informacje i możliwości dla młodych ludzi w całej Europie

Świat malowany pasją

Nieustraszona podróżniczka, fotoreporterka i artystka, która swoją traumę związaną z utratą słuchu przekuła w siłę do podejmowania wyzwań. Zaklinaczka psich zaprzęgów. Kila (Kate) Zamana.

Samotne podróże w dalekie zakątki świata, ekologia rozumiana jako szacunek i troska o przyrodę i jej bogactwo, przygoda z paralotniarstwem, praca grafika koncepcyjnego, ilustratorki, fotoreporterki, walka z traumami z dzieciństwa i dorastanie na uboczu szkolnych społeczności... To tylko kilka tematów, którymi zapełnilibyśmy różne działy Portalu, gdybyśmy chcieli trochę więcej opowiedzieć o Kili. Daleka Północ i psie zaprzęgi to jedna z jej pasji. O pracy artystycznej (która też jest jej pasją) – o stwarzaniu światów i postaci fantasy – opowiemy kolejnym wywiadem, już wkrótce.

 

Na rozgrzewkę zaczniemy od... śniegu i mrozu! Trudne warunki, psie zaprzęgi i budzący respekt dystans do pokonania, to w skrócie obraz ekspedycji Fjällräven Polar 2015. Wystartowałaś w tej imprezie jako jedyna osoba z Polski. Co doprowadziło cię na daleką północ Europy? Jak się zaczęła twoja przygoda z psimi zaprzęgami – i skąd wzięła się ta pasja?

 

Wszystko zaczęło się kilka lat temu od… siedzenia przy komputerze. Wśród młodzieży zapanowała wtedy era podróży wirtualnych, boom na gry komputerowe. Ja również wolałam zatopić się w tym świecie, uważając, podobnie jak rówieśnicy, że spędzanie czasu na świeżym powietrzu, uprawianie sportu jest be, nudne, że to przeszłość. To był mój młodzieńczy bunt.

 

Mój Tata, który był wtedy zawodowym sportowcem [Cezary Zamana, znakomity polski kolarz, m.in. zwycięzca Tour de Pologne w 2003 r. – przyp. ŁS], nie mógł się z tym pogodzić. Chodziło nie tylko o zdrowie fizyczne. Doskonale zdawał sobie sprawę, że kiedy zamykałam się w wirtualnym świecie, źle wpływało to na mój rozwój wewnętrzny.

 

A ponieważ wiedział, że kocham zwierzęta, wpadł na pomysł, abym spróbowała swoich sił w wyścigach psich zaprzęgów. W końcu dałam się namówić i pojechaliśmy na międzynarodowe zawody w Jakuszycach. Tam po raz pierwszy, pośród śnieżnych obłoków, ujrzałam pędzący zaprzęg: z polską flagą, ciągnięty przez sześć złocistych psów grenlandzkich.

 

Zaprzęg należał do zmarłego w 2012 roku Andrzeja Wilczopolskiego, wielokrotnego mistrza świata, legendy tej dyscypliny. To od niego zaraziłam się tym sportem. A tak na dobrą sprawę stało się to podczas mojej pierwszej, nocnej jazdy, kiedy pędziłam po rozświetlonym przez księżyc śniegu, w towarzystwie połyskujących na niebie, wyrazistych konstelacji i spadających gwiazd. To był magiczny moment. Nigdy wcześniej tak bardzo nie zbliżyłam się do natury. Poczułam, że jestem częścią wszechświata – i to było wspaniałe uczucie. Właśnie tam zaczęła się moja droga na Północ.

 

 

Razem z innymi uczestnikami Fjällräven Polar zmagałaś się z burzami śnieżnymi, wyczerpaniem… W przypadku tak długiego wysiłku, w tak trudnych warunkach, walka z własnymi słabościami w dużej mierze przenosi się „do środka”. Co sprawiło ci największą trudność podczas ekspedycji?

 

Najtrudniejszym momentem nie była dla mnie burza śnieżna i wyczerpanie, ale to, jak ekstremalne warunki pogodowe wpłynęły na przebieg wyprawy i na moje relacje z uczestnikami. Pierwsze obozowisko rozkładaliśmy o drugiej w nocy. Anomalia pogodowe doprowadziły do tego, że zostaliśmy „przeszkoleni” w przyśpieszonym trybie. Właściwie była to teoria wygłoszona na środku trasy. Nic z tego nie zrozumiałam, a nie mogłam liczyć na pomoc, bo nikt nie umiał mi pomóc. Co prawda inni uczestnicy sami wiedzieli, co trzeba robić, ale nie umieli mi tego wyjaśnić. Czułam, że jestem jedyną osobą, która na tej wyprawie nie ma niezbędnych „narzędzi”. Wzbudziło to we mnie totalną bezradność. To był moment pełen wątpliwości.

 

 

Czy te kłopoty wynikały z tego, że słyszysz… inaczej niż inni?

 

Żeby to wyjaśnić, muszę się cofnąć o kilka lat. To poczucie bezradności psychicznie przeniosło mnie do czasu, w którym z nieznanego powodu całkowicie straciłam słuch. Kiedy obudziłam się po operacji wszczepienia implantu, który miał pozwolić mi znowu słyszeć, wokół były monitory i żyłki z krwią, podczepione do mojej głowy. Poczułam się jak cyborg. Rozpoczęłam nowe życie, jako zupełnie inna osoba. Musiałam nie tylko na nowo uczyć się słyszeć dźwięki, mówić, ale też – żyć. Czułam, że moje ciało buntuje się przeciwko temu obcemu ciału, które jest we mnie.

 

Słyszę zupełnie inaczej, niż zdrowa osoba. Owszem, na wykresie audiometrii tonalnej słyszę na poziome zdrowego słuchu – i to wszystkie dźwięki. Ale ich percepcja i jakość są zupełnie inne. Można to porównać do postrzegania obrazów 2D i 3D. W 2D wszystko jest spłaszczone, jednowarstwowe, a w 3D ma wymiar, oddzielną przestrzeń i głębię. Nie zastanawiamy się nad tym, ale naturalny zmysł słuchu posiada coś w rodzaju przestrzeni, w której możemy rozdzielić i rozróżnić dźwięki. Sztuczny słuch jej nie ma, dlatego często nie mogę ich wyodrębnić. Kiedy rozmawiam, a wokół jest głośno, w mojej głowie powstaje jeszcze większy hałas: głos ludzki „miksuje się” z innymi dźwiękami. Tak samo jest ze słuchaniem muzyki – słyszę ją, ale jest pozbawiona magii, którą potrafią odczuwać zdrowi ludzie.

 

Najgorsze w tym wszystkim było to, że to się działo w czasie, gdy chodziłam do gimnazjum. Uważam to za najtrudniejszy okres w życiu młodego człowieka. Na tym etapie buduje się własne poczucie wartości, tożsamość, a jednocześnie odporność na wpływ świata zewnętrznego, wpływ rówieśników – jest najmniejsza. Największą „wartością” był wtedy idealny image. A narzędziami w wyścigu o posiadanie idealnego image'u były w dużym stopniu: potęga słów i komunikacji werbalnej. I na tym polu szybko poległam. Nikt na mnie nie lubił czekać, a czasami trzeba było mi coś wytłumaczyć albo powtórzyć. Byłam utrudnieniem. To sprawiało, że czułam się bezradna – i właśnie to dawne poczucie bezradności wróciło do mnie na początku Fjällräven Polar.

 

Z pomocą przyszła mi osoba, która była moim przewodnikiem na jednym z etapów tej ekspedycji. Tom powiedział, żebym nie koncentrowała się na swojej najsłabszej stronie, ale wykorzystała tę najmocniejszą, której brakuje innym uczestnikom: moją więź z psami. „Ludzie zapominają, że tak naprawdę bohaterami tej wyprawy są psy, a nie ludzie. Spróbuj pomóc innym przy psach!”

 

 

Miał rację. Skończyło się to tak, że przewodnik mi zaufał i sama stałam się przewodnikiem grupy na tym odcinku trasy: nie musiałam machinalnie podążać za innymi zaprzęgami, jak reszta ekipy. Przed sobą miałam… wolność. I odpowiedzialność. To dało mi poczucie wewnętrznej siły.

 

Uczestnicy Fjällräven Polar  powinni sobie ufać, współpracować i polegać na sobie w każdych warunkach, tymczasem ten aspekt wyprawy okazał się dla Ciebie kolejnym wyzwaniem. Jak kształtowały się Twoje relacje i więzi z ekipą? Co wyniosłaś z tej wyprawy?

 

Na początku myślałam, że poznałam grupę najfajniejszych osób na świecie. I w dużej mierze tak było, bo w końcu uczestnicy wywodzili się ze społeczności outdoorowców i podróżników, ludzi ciekawych, otwartych na świat. Byli przeciwieństwem osób z branży gier komputerowych, w której wcześniej chciałam się rozwiać – zamkniętych w sobie i w sztucznej przestrzeni, którą tworzy ten świat. Tak właśnie wpływa na nas technologia, przytłacza nas i zamyka, ograniczając coraz bardziej kontakt z „żywym światem”.

 

Na początku Fjällräven Polar wszyscy byliśmy do siebie bardzo życzliwie i przyjaźnie nastawieni. Ale te więzi okazały się kruche, kiedy zaczęła się prawdziwa wyprawa. Kiedy wjechaliśmy w świat absolutnej pierwotności natury i trzeba było stawić czoła nieznanym dotąd wyzwaniom, zaczął się wielki „sprawdzian ludzkich osobowości”.

 

 

Skończyła się sielanka. Zostaliśmy gwałtownie wyciągnięci ze strefy fizycznego, ale przede wszystkim psychicznego komfortu, a to spowodowało równie gwałtowne zmiany w „społecznym myśleniu” uczestników. Nikt z nas wcześniej nie uczestniczył w grupowej ekspedycji. Każdy czuł się zdezorientowany.

 

Dlatego najważniejszą lekcją, jaką wyniosłam z Fjällräven Polar, było to, że podczas takiej ekspedycji trzeba absolutnie wyłączyć w sobie emocje i oczekiwania wobec grupy – łącznie z oczekiwaniem na pomoc – bo na tym polu można łatwo polec. I to mnie właśnie spotkało. Wydawało mi się, że wzajemne pomaganie sobie w zespole jest sprawą oczywistą, ale tak nie było. Nawet fakt, że miałam dodatkową barierę do pokonania nie sprawił, że ktoś zaczął mi pomagać. Najlepsze nastawienie to: „możesz liczyć tylko na siebie”.

 

W pierwszej fazie Fjällräven Polar natura zburzyła w nas całą wiedzę o relacjach społecznych, którą zdobyliśmy w „cywilizowanym świecie”. Wszystko to tam na Północy okazało się nie do końca prawdziwe – i szybko się rozpadło. Dopiero pod koniec wyprawy zbudowaliśmy, jako grupa, prawdziwe relacje, oparte na szczerej i prawdziwej życzliwości. I zaczęliśmy się naprawdę wspierać.

 

 

Jaka idea przyświecała organizatorom, którzy już po raz kolejny zabrali uczestników w tę śnieżną krainę? Zorganizowanie wypray na skuterach śnieżnych byłoby dużo łatwiejsze...

 

Ideą organizatorów Fjallraven Polar jest pokazanie, że każdy może doświadczyć surowego świata pierwotnej, północnej natury. Każdy może się z tym światem zaprzyjaźnić i odnaleźć w sobie umiejętności, które zagłuszyła w nas cywilizacja – jej wygody i ułatwienia. Nie trzeba być wcale wielkim polarnikiem ani specjalistą w tej dziedzinie.

 

 

Fjällräven Polar było twoją pierwszą grupową ekspedycją, ale nie pierwszą wielką podróżą. Czy podróże to „tylko” twoja pasja, czy coś więcej? Wewnętrzny przymus? Sposób na życie? Element dodający wartość twojej pracy?

 

Dla mnie podróże zawsze były czymś więcej. I nie mówię tu o zorganizowanych, turystycznych all inclusive. Wszystko zaczęło się, kiedy poszłam na studia. W moim odczuciu podążyłam drogą utartych schematów, wychodząc naprzeciw tego, czego od nas oczekuje społeczeństwo: skończyć studia, znaleźć pracę, ułożyć sobie życie. W efekcie na studiach szybko rozpadłam się psychicznie. Zrezygnowałam i podjęłam decyzję o samotnej podróży przez Amerykę. To było ogromne wyzwanie: odczuwałam wtedy ogromny lęk społeczny i zupełnie nie umiałam mówić po angielsku…

 

 

Wszystkie samotne podróże, jakie odbyłam, były formą wewnętrznej przemiany i szkołą życia. Nauczyłam się podczas nich znacznie więcej, niż mogłabym się nauczyć zostając na uczelni. Nie mam na myśli wiedzy, którą mogłabym zdobyć studiując, ale zdolność percepcji i świadomego myślenia. Podróże okazały się lekarstwem na moje społeczne fobie, i to dużo skuteczniejszym niż psychoterapia. Dzięki podróżom nauczyłam się też angielskiego – była to nauka o wiele bardziej efektywna od wielu lat prywatnych lekcji. Przede wszystkim to był pierwszy, duży krok w odkrywaniu prawdy o sobie samej. A kiedy zaczęłam odkrywać siebie, zaczęłam coraz lepiej rozumieć świat.

 

Podróże rozwinęły również moją wyobraźnię, pomogły jej „obrać artystyczny kierunek” – to było i jest nieocenione dla mojej pracy. Teraz planuję wkroczyć w nowy etap podróży: chcę móc nimi inspirować, dzielić się ze światem. W artystyczny, kreatywny sposób.

 

 

Wracając do psich zaprzęgów – jak często masz możliwość poświęcać się tej pasji? W Polsce stosunkowo krótko są dobre warunki do jazdy, nie jest to też popularna dyscyplina.

 

Faktycznie, nie poświęcam tyle czasu, ile bym chciała, a mushing wymaga ogromnego poświęcenia. Żeby się całkiem zaangażować w tę dyscyplinę, trzeba zupełnie zmienić styl życia – bo to wiąże się z posiadaniem własnych psów i opieką nad nimi, przez wiele lat. I niestety to jest bardzo kosztowna pasja, nie każdego na to stać. Trzeba mieć stabilny dochód, odpowiednie miejsce i… ustalone życiowe priorytety. Samo zamiłowanie do zwierząt nie wystarczy. Stabilizacja finansowa jest bardzo ważna dla bezpieczeństwa psów, których nie można zaniedbać. Byłam świadkiem wielu takich sytuacji, łącznie z doprowadzeniem zwierząt na skraj wyczerpania.

 

Na dodatek w Polsce mushing jest traktowany niszowo, jako hobby, a nie sport. Pomimo wielu polskich tytułów mistrzowskich, w tym na mistrzostwach świata, nasi zawodnicy nie mają żadnych dofinansowań, pomocy ze strony państwa. Pogoda też nam nie pomaga – praktycznie nie mamy prawdziwej zimy. Wyjeżdżamy więc za granicę – a z tym wiążą się dodatkowe koszty i czas.

 

Przypuśćmy, że spośród wszystkich osób, które przeczytają ten wywiad, połowa pomyśli, że chciałaby startować w wyścigach psich zaprzęgów. Połowa z tej połowy zacznie szukać informacji, jak się do tego zabrać. Z kolei z tej połowy... No dobrze, ostatecznie kilka uzna, że psie zaprzęgi to jest coś dla nich i nie tylko zasną, ale i obudzą się z mocnym postanowieniem, że chcą się w to zaangażować. I wystarczy im determinacji i wewnętrznej siły, żeby za tym postanowieniem podążać. Od czego twoim zdaniem powinni zacząć?

 

Mam nadzieję, że lektura tego wywiadu będzie tym pierwszym krokiem, tak jak w moim przypadku była propozycja Taty, abym spróbowała zainteresować się psimi zaprzęgami… Kolejnym, magicznym krokiem było dla mnie ujrzenie ich na żywo. I to jest także moja propozycja: wybrać się na zawody, jako kibic. Poczuć „chemię” do tej dyscypliny. A trzeci krok to poznanie maszerów, porozmawianie z nimi, zaprzyjaźnienie się, a nawet odwiedzenie ich!

 

 

W Skandynawii maszerowie często oferują możliwość przyjazdu na wolontariat. W zamian za mieszkanie i wyżywienie można pomóc w opiece nad psami, w codziennych obowiązkach. Można przy tym zdobyć bezcenną wiedzę i doświadczenia! A zanim podejmiemy decyzję o samodzielnym oddaniu się tej pasji, warto dowiedzieć się, jak to wszystko dokładnie wygląda – żeby nie popełnić błędów, przez które najczęściej cierpią psy. Tak naprawdę psie zaprzęgi to w większości obowiązki i te „mniej przyjemne sprawy”. Musimy być tego w pełni świadomi.

 

Ale! Dobra wiadomość jest taka, że w tę pasję można „wejść” posiadając tylko jednego psa. Od tego jest skijoring i bikejoring, w których pojedynczy pies zaprzęgowy ciągnie maszera na biegówkach albo na rowerze.

 

 

Mam własnego psa grenlandzkiego – w sezonie zamienia się w prawdziwego psa pociągowego, ale jest też doskonale przystosowany do mojego obecnego stylu życia i możliwości. I to  mi na razie wystarcza!

 

 

Rozmawiał: Łukasz Smogorowski, Krajowe Biuro Eurodesk Polska