You are here

flag

Opublikowane: 09/05/2013 14:52

Dostępne języki

european youth portal

Królewny mają niebieskie oczy

Przyjechałam do południowo-wschodniej Turcji, żeby pomóc komuś, kto będzie mnie potrzebował. Zobaczyć kawałek świata, może uporządkować swoje życie - wspomina uczestniczka Wolontariatu Europejskiego, Maria Kula

© Jeremy Bloom - flickr.com

Stary bus podskakuje na każdej dziurze, czyli bezustannie. Za oknem monotonny krajobraz – brudno pomarańczowa ziemia, trochę kolczastych krzaków, z rzadka dom, a raczej ruina z jednej strony podparta dyktą. Po czterdziestu minutach auto zatrzymuje się pod żelazną bramą. Kilka kilometrów stamtąd jest miasteczko Nizip oddalone od Gaziantep, w którym mieszkam, o 45 kilometrów. 1190 od Stambułu, 2931 od Krakowa, 3890 od Brukseli...

 

Przyjechałam do południowo-wschodniej Turcji, żeby pomóc komuś, kto będzie mnie potrzebował. Zobaczyć kawałek świata, może uporządkować swoje życie. W szkole z internatem dla sierot i dzieci z biednych rodzin pod Nizipem nikt nam nie mówi, co mamy robić. W programie mam napisane – szerzenie wiedzy o Unii Europejskiej. Kilku wolontariuszy i trzy setki dzieciaków. Od dyrektora szkoły dostajemy piłkę do kosza.

 

Spędzam czas głównie z dziewczynkami. Żadna z nich nie mówi po angielsku. Czasami przez godzinę tłumaczą mi coś po turecku, a kiedy zrozumiem i odpowiem swoim łamanym tureckim, skaczą ze szczęścia i zanoszą się śmiechem.

 

Razem rysujemy – najbardziej lubią kolorować obrazki z księżniczkami i zawsze obdarzają je niebieskimi oczami i blond włosami. Krzywią się na widok moich rysunków – uparcie tworzę królewny brunetki z oczami czarnymi jak węgiel. Uczyłam je rozwiązywać labirynty, a one mnie grać w tureckie klasy. Za wszelką cenę staram się ich do siebie nie przywiązywać. Łakną dotyku, walczą o to, kto potrzyma mnie za rękę w drodze do klasy.

 

W szkole nietrudno znaleźć prawdziwe piękności. Gul wygląda, jakby miała indyjskie korzenie. Przez pierwsze trzy wizyty w szkole nie mogłam od niej oderwać wzroku. Ipek jest najmłodsza i swoim jednym uśmiechem załatwia wszystko. Emine raczej nie garnie się do mnie w sposób oczywisty, trzyma dystans i wpatruje się wielkimi oczami. Miriam to absolutny wulkan energii i, nie wiedzieć czemu, zawsze rysuje słonie. Sumeri wygląda na urodzoną aktorkę, kiedy wyciągam aparat, natychmiast wygłupia się, pozuje. Kubrahe rozwiązuje wszystkie labirynty w pięć minut i deklamuje wiersze. No i jest jeszcze Leyla – chodząca tajemnica z najsmutniejszymi oczami, jakie w życiu

widziałam.

 

Dzieciaków jest trzysta, więc szansa spamiętania egzotycznych imion choćby części z nich – żadna. W zeszłym tygodniu pytałam, kim chcą zostać w przyszłości. W większości pielęgniarkami i nauczycielkami, jedna – lekarzem, a milcząca zawsze dziewczyna, której imienia nie znam, patrząc na mój aparat, odpowiedziała: „Fotografem”.

 

Maria Kula, wolontariuszka