Navigation path

Left navigation

Additional tools

Komisja Europejska

[Obowiązuje wersja wygłoszona]

José Manuel Durão Barroso

Przewodniczący Komisji Europejskiej

O Europie

Rozważania o teraźniejszości i przyszłości Unii Europejskiej

Wystąpienie przewodniczącego Komisji Europejskiej J. M. Barroso na Uniwersytecie Humboldta, Berlin, 8 maja 2014 r.

Nós estamos na Europa e é na Europa que nós nos salvamos ou nos perdemos todos1. Eduardo Lourenço

Przede wszystkim pragnę podziękować za zaproszenie do tak nobliwej niemieckiej i europejskiej i instytucji, jaką jest Uniwersytet Humboldta. Jestem poruszony wstępując w progi uczelni Hegla, Maxa Plancka, Alberta Einsteina. Dziękuję za umożliwienie mi wygłoszenia tu wykładu na temat Europy. Nie robiłem tego wcześniej, gdyż myślałem, że wykład taki powinien mieć formę testamentu politycznego podsumowującego moje dziesięcioletnie doświadczenie w Komisji Europejskiej. A także dlatego, że zostałem poinformowany, że studenci tej uczelni są przyzwyczajeni do słuchania półtoragodzinnych wykładów. Postaram się, aby moje wystąpienie było trochę krótsze. Uważam jednak, że jest to doskonały moment i miejsce abym w bardzo bezpośredni sposób przedstawił moje doświadczenia i moje propozycje dotyczące przyszłości Europy.

Szanowni Państwo!

W proces integracji europejskiej byłem aktywnie zaangażowany przez ponad 30 lat, nie tylko w ostatnim dziesięcioleciu, będąc przewodniczącym Komisji Europejskiej, ale także jako minister spraw zagranicznych i premier mego kraju – Portugalii. Uważam za swój obowiązek, przed opuszczeniem stanowiska przewodniczącego Komisji, podzielić się doświadczeniami i przemyśleniami na temat możliwości rozwijania naszych dotychczasowych osiągnięć i dalszego działania w przyszłości.

To poczucie odpowiedzialności – i nie tylko poczucie odpowiedzialności, również przymus moralny – biorą się z mojej miłości do Europy. Jestem też przekonany, że nadszedł czas refleksji i decyzji w sprawie przyszłości naszego kontynentu.

Zmiany, których byliśmy świadkami w ciągu minionych dziesięciu lat, zarówno pozytywne, jak i negatywne, okazały się niezwykle spektakularne.

Wyznacznikami ostatniego dziesięciolecia integracji europejskiej były historyczne osiągnięcia, począwszy od dokonującego się od 2004 r. rozszerzenia o kraje Europy Środkowej i Wschodniej oraz kolejne kraje basenu Morza Śródziemnego. Był to też jednak okres bezprecedensowych kryzysów. Po pierwsze: kryzysu wywołanego niemożliwością ratyfikacji traktatu konstytucyjnego, który rozpoczął się w 2005 r. i który został przezwyciężony dopiero przez wejście w życie traktatu lizbońskiego w 2009 r. Następnie trwającego od 2008 r. kryzysu finansowego, który przekształcił się w prawdziwy huragan połączonego kryzysu zadłużenia państw, kryzysu gospodarczego i kryzysu społecznego. Była to dla solidności Unii Europejskiej, a w szczególności dla wspólnej waluty euro, doniosła próba wytrzymałości. Sprostanie jej wymagało wyjątkowych środków, w tym stworzenia całkowicie nowych instrumentów. Obecnie zaś stoimy w obliczu nowych i doniosłych wyzwań, wynikających z niedawnych wydarzeń na Ukrainie i w Rosji. Jest to prawdopodobnie największe wyzwanie dla bezpieczeństwa i pokoju w Europie od zerwania żelaznej kurtyny i upadku Muru Berlińskiego.

Wnioski wyciągnięte w ciągu minionego dziesięciolecia nadadzą wyrazistą perspektywę debacie o przyszłości Europy i dlatego chciałbym poniższymi rozważaniami pobudzić tę dyskusję.

Nazwałem je rozważaniami o teraźniejszości i przyszłości Europy, bo jestem przekonany, że Unia Europejska musi się dalej rozwijać i że rozwój ten musi mieć charakter organiczny, a nie dokonywać się zrywami.

Reforma, nie rewolucja.

Ewolucja , nie kontrrewolucja.

Szanowni Państwo!

Historia nie rozwija się linearnie, gładko i łagodnie. Wije się i zawraca. A od czasu do czasu gwałtownie przyspiesza. Żyjemy w czasach coraz szybszych zmian i zarówno w Europie, jak i na świecie, państwa oraz inne podmioty walczą, aby sprostać stwarzanym przez te zmiany wyzwaniom.

Od samego początku integracja europejska była sposobem stawienia czoła tym zmianom, sposobem udzielenia państwom pomocy w dostosowaniu się do historycznych wyzwań przekraczających ich indywidualne możliwości.

Po raz kolejny wydarzenia ostatniego dziesięciolecia dowiodły nadzwyczajnej zdolności adaptacyjnych i elastyczności instytucji Unii Europejskiej. Można by je nazwać „plastycznością” – zmieniają one bowiem swój kształt i formę, zachowując treść.

Co zatem jest treścią projektu europejskiego, jego kwintesencją?

Na pierwszym etapie – można go nazwać „Europa 1.0” – realizowanym po II wojnie światowej projekt europejski dotyczył zapewnienia pokoju i dobrobytu w wolnej części Europy za pomocą integracji gospodarczej, w oparciu o pojednanie Francji i Niemiec.

Przedefiniowany po upadku żelaznej kurtyny i Muru Berlińskiego projekt, który moglibyśmy nazwać „Europa 2.0”, był skoncentrowany na objęciu korzyściami otwartego rynku i otwartego społeczeństwa rozszerzonej, ponownie zjednoczonej Europy.

Przezwyciężenie kryzysu finansowego i gospodarczego oraz pojawienie się wielobiegunowego zglobalizowanego świata zapoczątkowało trzecią fazę integracji europejskiej. Musimy obecnie przejść do etapu, który moglibyśmy nazwać „Europa 3.0”.

Każdy krok w ramach tego procesu prowadził do bardziej interaktywnej i bardziej złożonej Unii Europejskiej, o dogłębniejszym oddziaływaniu, ponieważ wyzwania były coraz większe i trudniejsze do ogarnięcia i wymagały coraz bardziej rozbudowanych form współpracy.

Obecnie, na trzecim etapie, chodzi – czy raczej powinno chodzić – głównie o uprawnienia i wpływy potrzebne do zagwarantowania Europie pokoju i dobrobytu w warunkach globalizacji. Kryzys gospodarczy i finansowy wykazał w szczególności, że poprawa zarządzania w strefie euro była niezbędna dla długookresowego zrównoważenia wspólnej waluty. Dalsze kroki instytucjonalne bardziej politycznej natury mogą się okazać nieuniknione. Wyzwanie stanowi rzecz jasna sposób takiego ich określenia, by zachować integralność rynku wewnętrznego i Unii jako całości. Konieczna może stać się wzmocniona współpraca w Europie, uwzględniająca różne prędkości. Za wszelką cenę unikaliśmy jednak – i musimy nadal unikać – stworzenia Europy różnych kategorii. Zatem: elastyczności – tak, podziałom – nie!

Zanim przejdę bardziej szczegółowo do wyzwań instytucjonalnych, a zwłaszcza do kwestii uprawnień i wpływu Europy w świecie, pragnę przypomnieć, że główne cele Unii Europejskiej – od utworzenia Wspólnot Europejskich – czyli pokój i dobrobyt – nadal mają dla nas zasadnicze znaczenie. Potwierdzają to niedawne wydarzenia.

Pokój i stabilność, bo bardzo realne zagrożenia dla gospodarczych podstaw Europy osłabiły naszą pewność siebie i doprowadziły do wybuchu prawie surrealistycznej i samosprawdzającej się paniki, zagrażającej podstawowej tkance europejskiej jedności. Potencjalny rozpad strefy euro był początkowo postrzegany jako początek rozpadu Europy. Gdyby ten scenariusz się ziścił, doprowadziłoby to niewątpliwie do ponownego podziału Europy na gospodarki pierwszej i drugiej kategorii i takież społeczeństwa. I z pewnością położyłoby kres wizji kontynentu równych podmiotów, zjednoczonych w coraz ściślejszej unii.

Pojawiły się co prawda tarcia między Północą a Południem, między bogatymi a biednymi, między państwami-dłużnikami a wierzycielami, między centrum a peryferiami, nie dopuściliśmy jednak, by rozczłonkowały one Europę. Wręcz przeciwnie, bardziej niż kiedykolwiek w najnowszej historii jesteśmy na drodze do pogłębienia naszej unii gospodarczej i walutowej, zachowując jednak w pełni zasady podtrzymujące integralność Unii Europejskiej jako całości. Kompetencje i uprawnienia instytucji Unii Europejskiej – od Komisji Europejskiej po Bank Centralny – zostały wzmocnione. Kilka lat temu, przed kryzysem, kompetencje tego typu były nie do pomyślenia. Poziom europejski zyskał na znaczeniu. W odniesieniu do treści gospodarczych była to największa instytucjonalna transformacja od utworzenia wspólnej waluty.

Ci, którzy twierdzą, że mówienie o pokoju w kontekście integracji europejskiej jest kwestią przeszłości, powinni tylko przyjrzeć się sytuacji na Ukrainie. Pokój nigdy nie jest dany raz na zawsze, nie jest absolutnie pewny. Pokój należy wciąż od nowa zdobywać, wysiłkiem pokoleń, przez europejską jedność, przez zjednoczone europejskie działania w szerszym wymiarze regionalnym i międzynarodowym. W kontekście integracji europejskiej idea pokoju jest równie ważna jak kiedyś.

Kryzys finansowy i gospodarczy zagroził też dobrobytowi, dzięki któremu Unia Europejska była tak atrakcyjna od początków integracji. Był to kryzys modeli wzrostu, odsłaniający próby sztucznego zawyżania wzrostu gospodarczego za pomocą finansowych czarów i utrzymywania wzrostu za pośrednictwem długu publicznego lub prywatnego, czego próbowano odpowiednio w gospodarkach amerykańskiej i europejskiej.

Obecnie wróciliśmy na trudną drogę dzięki innowacjom i reformom strukturalnym, służącym globalnej konkurencyjności. Kraje najsilniej dotknięte kryzysem w zdumiewający sposób odzyskują pozycję. Irlandia, Hiszpania i Portugalia czynią znaczne postępy. W tym tygodniu moja rodzinna Portugalia ogłosiła, że wychodzi z systemu kryzysowego i nie potrzebuje dalszego wsparcia finansowego ze strony Unii. Mimo wielu trudności także Grecja i Cypr kroczą właściwą drogą. Wbrew wielu przewidywaniom nie tylko nikt nie wyszedł ze strefy euro, ale po imponujących wysiłkach Łotwa zdołała do niej przystąpić. Kraje europejskie wdrażają wnioski wyciągnięte z kryzysu w odniesieniu do długu i nierównowagi makroekonomicznej. Następują reformy gospodarek, nawet jeśli w niektórych z nich, w tym należących do największych, konieczne jest przyspieszenie tych reform. Wysiłki te nie są już kwestią indywidualną, ale są w coraz większym stopniu zestrojone z decyzjami politycznymi i uwzględniają efekty o zasięgu transgranicznym.

Europa potrzebuje takiej legitymizacji poprzez rezultaty, a można je osiągnąć jedynie w wyniku stałego nacisku na innowacje i reformy: reformy naszych struktur gospodarczych, administracji publicznej, rynków pracy, rynku wewnętrznego, polityki energetycznej i klimatycznej itd. Uzyskanie tych rezultatów stanowi część potrzebnej nam wspólnotowości.

Rzecz jasna niektóre z tych dostosowań są wyjątkowo bolesne. W niektórych państwach mieliśmy do czynienia z dramatyczną sytuacja społeczną. Ale należy też podkreślić, że dostosowania te miałyby miejsce również i bez euro, z Unią czy bez Unii. Ani euro, ani Unia nie były źródłem tych problemów. Europa nie była ich przyczyną, była natomiast częścią rozwiązania.

Europejska społeczna gospodarka rynkowa jest oparta na wyjątkowym modelu społecznym. Nawet przy uwzględnieniu wariantów krajowych nasz model państwa dobrobytu odróżnia nas od wszystkich pozostałych znaczących gospodarek i społeczeństw, od tych rozwiniętych po wschodzące. Jest on ważny dla naszych obywateli. Jest to model obejmujący wyznawane przez nich wartości – wyjątkowe połączenie indywidualnej odpowiedzialności jednostki i solidarności ze społeczeństwem oraz solidarności międzypokoleniowej. Model, zapewniający osiągnięcie celów, którym obywatele pozostają wierni – takich jak zapewnienie opieki osobom w podeszłym wieku i w trudnych sytuacjach życiowych. Jedynie dzięki współpracy i dostosowaniu utrzymamy naszą społeczną gospodarkę rynkową.

Wracając do głównego zagadnienia tego, co nazwaliśmy trzecią fazą integracji europejskiej, do kwestii wpływu i uprawnień, musimy uznać, że aby zagwarantować pokój i dobrobyt w Europie, potrzebujemy Unii Europejskiej, która będzie intensywniej wykorzystywać te uprawnienia i wpływy w świecie. Podczas kryzysu zaufanie do wpływu Europy na świecie uległo w skali międzynarodowej poważnemu osłabieniu. Globalna atrakcyjność europejskiego modelu gospodarczego została czasowo podważona. W związku z tym nasze wartości i nasz autorytet jako podmiotu w wymiarze globalnym zostały podane w wątpliwość. Obecnie musimy walczyć o odzyskanie tej roli i tego wpływu. Wyzwanie globalizacji nie ogranicza się jedynie do gospodarki. Nasza strategia dyplomatyczna wymaga przemyślenia. Trzeba zestroić nasz potencjał obronny. Musimy bardziej niż kiedykolwiek stać na straży naszych wartości.

System światowy także się dostosowuje, wykuwając nowy porządek świata. Albo wniesiemy swój wkład w te przekształcenia, albo przegapimy przyszłość. I tu także wydarzenia związane z Ukrainą ukazują potrzebę zachowania przez nas czujności i nakazują, abyśmy pozostali zjednoczeni. Albo Europa zwiększy swoją spójność i gotowość do obrony swoich prerogatyw i wpływów na świecie, albo utraci swoje znaczenie.

Wymaga to od nas zwiększenia stabilności wewnętrznej sytuacji w Unii.

Musimy uporać się z trzema lukami. Istnieje luka administracyjna, ponieważ same państwa członkowskie nie dysponują już tym, co jest potrzebne do spełnienia potrzeb obywateli, a instytucje europejskie wciąż nie mają wszystkich niezbędnych po temu narzędzi. Istnieje luka w zakresie legitymizacji, bo obywatele uważają, że decyzje są podejmowane na szczeblu zbyt od nich odległym. I istnieje luka pod względem oczekiwań, ponieważ ludzie oczekują więcej, niż system polityczny jest w stanie im dać. Państwa członkowskie nie uzgadniają w sposób automatyczny narzędzi służących niwelowaniu tych luk na poziomie europejskim, wyraźnie potrzebne jest zatem określenie wspólnotowości, do której dążymy i od której zależy nasza rola na świecie.

Źródłem stabilności może być jedynie odzyskanie równowagi na wyższym poziomie wspólnotowości.

Szanowni Państwo!

Nikt nigdy nie twierdził, że dostosowanie jest łatwe – nawet kiedy jest bezsprzecznie konieczne.

Dogłębna zmiana stanowi szczególne wyzwanie dla państw europejskich, które jako demokracje muszą myśleć nie tylko o tym, co muszą zrobić, ale także o tym jak to zrobić. Zgodność z nowymi realiami nie wystarcza, musimy je przyjąć z przekonaniem i zaoferować gwarancje, że są one dla wszystkich korzystne. Pamiętam, jak na posiedzeniach Rady Europejskiej zdarzało mi się słuchać wypowiedzi premierów, którzy twierdzili: „Wiemy, co należy zrobić. Jedyny problem polega na tym, że jeśli to zrobimy, przegramy najbliższe wybory”.

Nie można tak usprawiedliwiać ani rezygnacji z tego, co konieczne, ani zaniechania ciężkiej pracy polegającej na przekonywaniu. „Rendre possible ce qui est nécessaire Sprawić, aby to, co jest konieczne, stało się możliwe – to warunek odpowiedzialnego rządzenia.

To próba nie tylko dla Unii Europejskiej. Rządy na całym w świecie w różny sposób mierzą się z podobnymi wyzwaniami. Demokracja ponownie okazuje się najlepszym, najstabilniejszym sposobem radzenia sobie z nimi. Jednocześnie jednak demokracja, bardziej niż którykolwiek inny system, wymaga odpowiedzialnego i odważnego przywództwa.

Impulsy pobudzające wcześniejsze fazy integracji europejskiej – wbrew popularnej w niektórych kręgach wizji – zawsze miały charakter zarówno oddolny, jak i odgórny.

Tak było w przypadku ruchów oporu, związków zawodowych i związków pracodawców, których członkowie spotkali się po okropnościach wojny. Tak było w przypadku młodych Niemców i Francuzów, który pragnęli przełamać mentalne i fizyczne bariery w latach 50. XX w. Tak było w przypadku Greków, Portugalczyków i Hiszpanów, którzy w latach 70. ubiegłego wieku uwolnili się od dyktatur, aby poczuć się częścią Europy; którzy dostrzegli, że reżimy, pod których panowaniem żyli, nie były zdolne ani chętne do dostosowania się do zmieniającego się wokół świata. Tak było w latach 80. i 90. XX w. w przypadku mieszkańców Europy Środkowej i Wschodniej, od Solidarności w Polsce do aksamitnej rewolucji w Pradze; od ruchów niepodległościowych w krajach nadbałtyckich do Węgrów, którzy jako pierwsi rozsunęli żelazną kurtynę. Wszyscy oni postrzegali odzyskanie demokracji jako w dużym stopniu jednoznaczne z przynależnością do Unii Europejskiej. W Portugalii było to doświadczenie mojego pokolenia, a później całych pokoleń Europy środkowej i Wschodniej. Wiedzieli oni, że – jak to ujął Vaclav Havel – „Europa jest ojczyzną naszych ojczyzn”.

Przemawiając w Londynie w 1951 r. Konrad Adenauer opisywał, jak owo powszechne rozumienie wspomnianych kwestii uczyniło z Niemiec tak zdeterminowanego uczestnika wczesnych etapów integracji europejskiej. „Napędza nas nie tylko strach przed bolszewizmem – mówił – ale także uznanie, że problemy, z którymi musimy się zmierzyć w naszych czasach, a mianowicie utrzymanie pokoju i obrona wolności, mogą zostać rozwiązane jedynie w obrębie tej większej wspólnoty. To przekonanie podzielają w Niemczech szerokie masy... W związku z tym informuję, że Bundestag w dniu 26 lipca 1950 r. wypowiedział się jednomyślnie za utworzeniem Federacji Europejskiej”.

Tak szeroko ugruntowane polityczne i społeczne poparcie jest dziś jak najbardziej istotne. Nie pójdziemy naprzód bez siły napędowej. Nie możemy – i nie powinniśmy – zmuszać opinii publicznej do czegokolwiek. Ale możemy czynić wysiłki i wykuwać potrzebny nam konsensus. Tutaj pojawia się kwestia przywództwa. Przywództwo to podejmowanie odpowiedzialności. Przywództwo nie polega na podążaniu za popularnymi lub populistycznymi tendencjami. Bo Unia Europejska nie jest już tym, czym była kiedyś. Dojrzała, stając się bardziej demokratycznym systemem rządzenia, zwłaszcza dzięki traktatowi lizbońskiemu. Systemem, którego wpływ na życie ludzi znacząco wzrósł. W rzeczy samej budujemy unię znacznie ściślejszą, która niegdyś pozostawała jedynie w sferze naszych aspiracji.

W rezultacie czysto biurokratyczne, techniczne i dyplomatyczne deliberacje już nie wystarczą. Nawet dyplomacja na wysokim szczeblu dotarła do granic swoich możliwości. Potrzebujemy nowej debaty, nowego dialogu, aby pójść dalej – doprowadzić do prawdziwej identyfikacji z projektem europejskim zarówno na poziomie krajowym, jak i ponadnarodowym.

To jest naprawdę sedno sprawy: polityka i podejmowane działania mogą być skuteczne jedynie wówczas, gdy istnieje trwały konsensus w kwestii wspólnotowości, oraz w drodze dochodzenia do niej.

Ten specyficzny charakter projektu europejskiego jako zadania w trakcie realizacji znalazł odzwierciedlenie w wielu dyskusjach traktatowych od czasu Maastricht, które zdominowały debatę. Od tego czasu kryzys gospodarczy i finansowy spowodował powrót do niektórych kwestii traktatowych. Kwestia konstytucji dla Europy nie została pogrzebana.

Argumentowałbym nawet, że nie można jej rozwiązać w sposób ostateczny, z pewnością nie obecnie.

Zwolennicy modelu ultraintegracyjnego nie mogą ignorować faktu, że znaczna większość ludzi nie chce, by jedność Europy przyniosła uszczerbek państwom narodowym. Patrzący z czysto krajowej lub międzyrządowej perspektywy nie mogą nie dostrzegać, iż same państwa narodowe już nie są w stanie zapewnić obywatelom tego, czego oni oczekują. Próba określenia koncepcyjnego punktu docelowego integracji europejskiej – w taki lub inny sposób – nie ma sensu.

Właściwy kurs jest inny. Na każdym etapie Unia Europejska była oparta na wyraźnym poczuciu sensowności, wyraźnym zapotrzebowaniu na Europę. Potrzebne do osiągnięcia tego celu środki – traktaty i instytucje – zawsze podążały za wolą polityczną.

Zatem obecnie, zanim podejmiemy dyskusję na temat szczegółów technicznych lub kolejnego traktatu, musimy odpowiedzieć na pytanie: jaki rodzaj wspólnotowości uznajemy za potrzebny, konieczny, nieunikniony w relacjach między stolicami a Brukselą? Co uznajemy za kwestie, co do których musimy podjąć decyzje o wspólnym działaniu, niezależnie od tego, jakie ono będzie? Jaki jest uzgodniony, ustalony wspólny cel naszej Unii? W jakim stopniu łączymy nasz los w sposób nieodwołalny i bez zastrzeżeń? Krótko mówiąc, jaką mamy wizję?

Kryzys zasygnalizował koniec ery „domniemanego konsensusu”, quasi intuicyjnej natury integracji europejskiej. Teraz ten domniemany konsensus należy przekształcić w konsensus faktyczny. Nadszedł czas na polityczną i społeczną dyskusję o tym, jakiej wspólnotowości w Unii Europejskiej chcemy; jak daleko posuniętej i jak głębokiej chcemy integracji; kto w czym chce uczestniczyć i w jakim celu.

Szanowni Państwo!

Chciałbym teraz przedstawić zarysy koncepcji politycznej, zasady działania oraz obszary polityki, które muszą się znaleźć w samym centrum naszej uwagi w dążeniu do osiągnięcia wspomnianego konsensu.

Już w kwietniu 1978 r. ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej Roy Jenkins znalazł się w sytuacji, której i ja miałem doświadczyć na własnej skórze kilkadziesiąt lat później.

Powiedział wtedy: „Gospodarka Wspólnoty obejmuje rynek pracy, upadające gałęzie przemysłu, stabilność walutową, politykę regionalną i alternatywy sektora energetycznego. Wszystkie te elementy należą do materii polityki, a nie biurokracji‟. Zdawać by się mogło, że stwierdził rzecz oczywistą, doprowadził jednak tę myśl do ciekawej konkluzji: „Jakkolwiek wielu wyraża dokładnie przeciwne zdanie, instytucje Wspólnoty zostały bardzo pieczołowicie zbudowane, a następnie z biegiem czasu dostosowane tak, by umożliwić ścieranie się argumentów i dochodzenie do rozwiązań - tak na płaszczyźnie technicznej, jak i politycznej. Nie są wprawdzie doskonałe, niemniej stanowią pewne ramy podejmowania decyzji‟.

Bardzo często ulegaliśmy, a czasem wciąż ulegamy pokusie przedkładania debaty o „ramach podejmowania decyzji” nad dyskusję o tym, co Roy Jenkins nazwał „materią polityki”.

Zdecydowanie za często europejskie debaty polityczne ograniczają się do aspektów instytucjonalnych lub konstytucyjnych. Obsesyjne zainteresowanie ustrojem politycznym (polity) odwracało często naszą uwagę od praktycznych strategii (policies) i od niezbędnej dla ich ugruntowania polityki (politics). Zamiast podejmować decyzje, wolimy roztrząsać metody podejmowania decyzji, i spierać się, kto może je podejmować.

Przed tym właśnie chciałbym dziś przestrzec, podobnie jak czynił to Jenkins blisko cztery dekady temu.

Stoimy dziś, w tej trzeciej fazie integracji europejskiej, przed takimi wyzwaniami, które wymagają analizy pod kątem: po pierwsze – koniecznej polityki, po drugie – odpowiednich metod jej wdrażania, a po trzecie – ustroju, który umożliwi nam spełnienie obu poprzednich postulatów. I to właśnie w tej kolejności.

Dlatego debatę nad przyszłością Europy trzeba zacząć przede wszystkim od rozmowy o wykonaniu oraz założeniach polityki, a nie o instytucjach i traktatach. Musi ona wyjść od tego, czego chcemy wspólnie dokonać, i po co. Bez osiągnięcia tego konsensu, możemy debatować bez końca o klauzulach pomocniczości i wyłączenia, i nigdy nie będziemy do końca zadowoleni. Musimy zdecydować, tak indywidualnie jak i zbiorowo, co właściwie chcemy razem osiągnąć, a czego nie potrzebujemy wcale albo nie chcemy robić wspólnie.

Ramy podejmowania decyzji w Unii Europejskiej mają za sobą długą i imponującą ewolucję, nie tylko od czasów Jenkinsa, ale także za mojej kadencji. Jeśli porównamy stan obecny z tym sprzed dwudziestu lat, skala ewolucji jest zadziwiająca. Nie mówię wcale tylko o zakresie kompetencji, ale przede wszystkim o trybie i o dynamice procesu decyzyjnego. Miałem zaszczyt uczestniczyć w obradach Rady (od 1987 r.) oraz Rady Europejskiej (w latach 1992-1995), mogę zatem stwierdzić, że przemiany zaszły bardzo daleko. W niektórych aspektach sama kultura funkcjonowania instytucji uległa dogłębnej przemianie.

W początkach lat dziewięćdziesiątych ówczesna Wspólnota Europejska wciąż koncentrowała się wokół Rady. Faktycznie to Rada dysponowała prawem inicjatywy, ale prawo decydowania przysługiwało w głównej mierze państwom członkowskim. Od tego czasu nasz ustrój i cały proces decyzyjny uległy gruntownej przemianie.

Przede wszystkim zdecydowanie wzrosło znaczenie Parlamentu Europejskiego, który ze zgromadzenia doradczego przemienił się w nieodzownego współprawodawcę. Co prawda, Parlament często waha się między rolą trybuna ludowego a obowiązkami decydenta (fr. rôle tribunitien/décisionnel). Nie wszyscy parlamentarzyści opierają się pokusie zgłaszania żądań bez względu na ich osiągalność (konkretnie: nie doceniając warunków politycznych poparcia pewnych decyzji). Jak się nie raz przekonaliśmy, niektórym bliższa jest postawa protestu a nawet poza przeciwnika establishmentu, zamiast postawy stosownej do potrzeb, nastawienia na osiąganie pragmatycznych efektów wspólnie z pozostałymi instytucjami. Niewykluczone, że wynika to również z faktu, że Parlament nie uzyskał jak dotąd własnej inicjatywy prawodawczej. Ogólnie rzecz biorąc należy jednak uznać wkład Parlamentu za konstruktywny. Ostatecznie w ostatniej dekadzie Parlament często podbijał stawkę, ale w końcu mimo wszystko grał z innymi – czy to przyjmując budżet Unii Europejskiej, czy zawierając Unię Bankową.

Wielkie zmiany zaszły również w stosunkach między państwami członkowskimi, a to za sprawą zmieniającej się dynamiki grupy z 12 członków, jak w 1992 albo 1994 roku, do dzisiejszych 28. Wbrew brukselskiej legendzie, nie chodzi wcale wyłącznie o to, kto większy i kto potężniejszy. To nade wszystko sprawa wizji i programu. Mogę porównać dynamikę posiedzeń z 1992 czy 1994, kiedy było nas dwunastu i w posiedzeniach uczestniczyli podobnie jak dziś ministrowie spraw zagranicznych. Dobrze pamiętam z tamtych lat Helmuta Kohla, François Mitterranda, Felipe Gonzáleza. Widzę zatem różnicę ówczesnej i dzisiejszej dynamiki posiedzeń Rady Europejskiej.

Niektóre rządy siadają do stołu negocjacyjnego w duchu defensywnym, inne – dbając tylko o jeden temat, inne jeszcze – bez głębokiego zaangażowania. Niewielu jest liderów, którzy wnosiliby wszechstronną wizję, prezentując szeroko zakrojoną własną koncepcję i spójną wizję. Poczuwają się oni w pewnym stopniu do odpowiedzialności za Europę. Ale nie wszyscy w takim samym. A to właśnie o poczucie odpowiedzialności chodzi – to właśnie ono daje zdecydowaną przewagę w procesie politycznym, na jakim opiera się Unia.

Analogicznie, wyraźnie zmienił się środek ciężkości po stronie Rady. Kiedyś, w myśl koncepcji traktatowej, to ministrowie spraw zagranicznych zgromadzeni na forum Rady ds. Ogólnych byli absolutnym szczytem władzy politycznej sprawowanej przez Radę. Tę rolę całkowicie przejęła Rada Europejska. Europa stała się sprawą głów państw (niem. Chefsache). Instytucja łącząca szefów państw lub rządów (Rada Europejska) nabierała coraz większego znaczenia, zanim w traktacie lizbońskim umocowano prawnie jej większą operacyjność i stabilną pozycję, ustanawiając stałego Przewodniczącego. Faktem jest, że jej dynamika wynika po części z reakcji na kryzys gospodarczy i finansowy wymagającej szybkiej mobilizacji znacznych środków, którymi dysponowały jedynie państwa członkowskie. Ten efekt może okazać się krótkotrwały. Istnieje jednak pilna potrzeba, by szefowie państw lub rządów zaczęli pojmować swoją rolę nie tylko w skali krajowej, ale również europejskiej.

Przeniesienie akcentu z Rady na Radę Europejską niesie jednak ze sobą pewną lukę w przejściu do realizacji. Początkowo dość entuzjastyczne, uporczywe ponaglenia każdego kolejnego posunięcia owocowały kolejnymi coraz częstszymi szczytami Rady Europejskiej lub grupy euro. Z jednej strony pozwoliło to wywrzeć presję na decydentów i doprowadzić do podjęcia konkretnych decyzji. Jednocześnie szczyty zostały przez to nieco strywializowane, co pogłębiło poczucie niedosytu wobec każdej kolejnej decyzji i wrażenie opieszałej realizacji. Częstokroć okazywało się, że decyzje przyjęte na szczeblu szefów państw lub rządów nie znajdowały faktycznego dalszego ciągu w poszczególnych państwach. Nadmiernej presji towarzyszył brak precyzji.

W tej trudnej sytuacji to Komisja wyłania się jako niezbędny, stosunkowo najpewniejszy punkt oparcia. Komisja utrzymała prawo inicjatywy prawodawczej przez cały okres kryzysu. Natomiast jej dar inicjatora, jeśli mogę to tak nazwać, rozwijany najpierw przez Waltera Hallsteina, a później przez Jacquesa Delors, był zawsze obecny i stanowił podstawę kluczowych koncepcji: od utworzenia europejskiego mechanizmu stabilizacji finansowej, poprzez Europejski Instrument Stabilności Finansowej oraz Europejski Mechanizm Stabilności, które ostatecznie oparto na wnioskach Komisji, aż po Unię Bankową2, począwszy od inicjatywy uruchomienia systemu euroobligacji, tzw. „obligacji projektowych UE” a na komisyjnych wnioskach dotyczących reformy zarządzania gospodarką (w szczególności nowego paktu stabilności i wzrostu) skończywszy. Komisja pozostała wierna prawdziwie europejskiej koncepcji korzystania z inicjatywy prawodawczej.

Co interesujące, nie ma chyba lepszego uzasadnienia wiodącej roli Komisji niż międzyrządowy pakt fiskalny. W toku jego negocjacji Komisja była nieodzownym źródłem wiedzy eksperckiej i kreatywnej techniki prawnej dla wszystkich uczestników rozmów. I ostatecznie, nawet w tej międzyrządowej rozgrywce to Komisja stała w pierwszym szeregu, gdy przyszło do gwarancji zdecydowanego wprowadzenia w życie. Sam fakt, iż Komisja, dążąc do realnych rezultatów, często wyrzeka się należnego jej uznania, nie wskazuje w żadnym razie na słabnięcie jej wpływu. Nigdzie indziej w całej machinie UE nie obserwujemy tak bliskiego styku obrazu przekrojowego (świadomości wielkiej rozmaitości sytuacji w państwach członkowskich) z dogłębną znajomością europejskiej polityki i biegłością w jej realizowaniu.

Aby w pełni docenić skalę ostatnich przemian, wystarczy zauważyć czujną kontrolę mediów. Media są dziś nieporównanie bardziej dociekliwe, szybsze, znacznie bardziej wszechstronne i krytyczne. Bezceremonialnie podchodzą do szczytów i do ich uczestników. Oceniają ich starania wyłącznie po realnych, a nawet natychmiastowych efektach. A kiedy efekty nie sprostają ostrej analizie mediów, zostają uznane za niebyłe, jak miało to miejsce nie raz w trakcie kryzysu. To pewne wytłumaczenie niektórych potknięć i opóźnień „zacinającego się procesu” - jak ochrzczono nierówny rytm reakcji na kryzys.

To kolejny powód, by budowę Unii Europejskiej porównywać do stawiania rusztowania. Wydaje się, że nie ma końca tej budowy połączonej z przebudową, a rusztowanie często przesłania piękno architektury budowli, której służy. Rzekłbym nawet, że w naturze projektu europejskiego leży ten charakter dzieła immanentnie nieukończonego (en. work in progress). A wszyscy zatroskani brakiem spójności i symetrii powinni się lepiej nastawić na koncepcję architektoniczną, wedle której każda nowa funkcja wymaga nowej formy i zmian w projekcie. W przypadku UE podejście systemowe często nie działa najlepiej.

Można powiedzieć, że proces integracyjny przeszedł próbę czasu, wytrzymał presję kryzysów, dzięki stałemu zobowiązaniu do skuteczności (fr. obligation de résultat) na miarę rzeczywistych rezultatów. Wypracowaliśmy metodę rządów o stopniu dojrzałości, który pozwala nam podejmować decyzje w drodze szerokiego konsensu. Jak już nie raz widzieliśmy i jak się przekonujemy po dziś dzień, grunt to silne przywództwo.

Bo tylko przywództwo budujące konsens pozwala uniknąć rozłamu.

Dlatego zawsze dbałem o to, by Komisje, którym przewodniczyłem, podejmowały zbiorową odpowiedzialność za swoje decyzje. Rolą przewodniczącego Komisji jest zapewnianie kolegialnego charakteru, który broni Komisję przed popadnięciem w mentalność wieży z kości słoniowej i zapatrzeniem w ciasny tunel własnej wizji. Naszą regułą było szczere wyrażanie różnic zdań jako punkt wyjścia do prawdziwej debaty. A jednak niemal każda decyzja w przeciągu tych dziesięciu lat była ostatecznie owocem ogólnego konsensu. Polityczna egzekutywa nie jest wcale parlamentem w miniaturze. Jako władza wykonawcza, Komisja musi podejmować odpowiedzialność za inicjatywy, które kolektywnie uznaje za konieczne. Dlatego zgodnie z traktatami podejmuje ona decyzje kolektywne a nie indywidualne. Kolegium złożone z 28 członków może sprawnie pracować. Istotna jest nade wszystko ogólna jedność kultury wspólnotowej i sprawne zarządzanie.

Już na początku pierwszej kadencji, w 2004 r. znalazłem się w sytuacji po największym w historii rozszerzeniu UE. To sprawiło, że jestem szczególnie wyczulony na groźbę rozłamów o podłożu geograficznym, ideologicznym i każdym innym. Doceniając wagę politycznego wymiaru Komisji, jestem głęboko przekonany, że równie istotne jest, by obroniła się ona przed podziałem na stronnictwa polityczne.

Komisja pełni ostatecznie nie tylko funkcje polityczne, ale również administracyjne, a nawet takie, które nazywam „quasi-sądowymi”. Wymaga to wyważenia i nadzwyczaj roztropnego postępowania w trakcie podejmowania decyzji, nie tylko ze względu na ochronę wiarygodności Komisji w jej rozmaitych funkcjach, ale również na dbałość o własną niezależność i profesjonalizm.

W ciągu ostatnich dwóch dekad Unia Europejska osiągnęła znacznie wyższy poziom politycznej i instytucjonalnej dojrzałości. Na tych ramach politycznych mogliśmy polegać w trakcie zmagań z kryzysem. Wszystko, co osiągnęliśmy, wymaga jednak dalszej konsolidacji, jeśli ma być utrzymane na stałe.

Pora zastanowić się nad tym, jak skonsolidować i rozbudować zdobycze ostatnich lat. Dyskusja na ten temat jest warunkiem wstępnym do podjęcia kolejnego wysiłku na rzecz: zapewnienia wzrostu gospodarki i rynku pracy poprzez dalsze doskonalenie rynku wewnętrznego, wspólnej waluty, naszej polityki w dziedzinach handlu, energetyki i klimatu, infrastruktury, nauki i innowacji, przemysłu i gospodarki cyfrowej. Musimy stworzyć obszar wolności i bezpieczeństwa dzięki wspólnej polityce bezpieczeństwa i stosunków zewnętrznych oraz spraw wewnętrznych i wymiaru sprawiedliwości, gwarantujących nam wolność i bezpieczeństwo. Jednocześnie musimy zadbać o dobrobyt społeczeństwa poprzez wspólne starania na niwie edukacji, kultury, w odniesieniu do młodych, oraz stawiając czoła wspólnym wyzwaniom demograficznym i rozwiązując problemy systemów ubezpieczeń społecznych.

Szanowni Państwo!

Mając oparcie w postaci ram podejmowania decyzji, musimy pamiętać o pewnych punktach dysfunkcjonalnych, pewnych luk, w których polityce europejskiej nie towarzyszą możliwości skutecznego działania.

To rzeczywisty problem, stojący przed demokracją w Europie.

Jest to brak zaangażowania społeczeństwa w politykę europejską, którego nigdy nie zażegna żadna zmiana do przeprowadzenia na poziomie instytucji.

Kiedy demokratycznie wybrani decydenci wzbraniają się przed uznaniem, obroną i poparciem wspólnie podjętych decyzji, zawsze najwięcej cierpi na tym legitymizacja europejska.

Nazbyt często przecenia się kontrowersje natury politycznej, mylnie uznając je za braki systemu. Zamiast skupienia debaty na merytorycznej kwestii – powiedzmy: czy mamy lepsze rozwiązanie kwestii żarówek czy oliwy z oliwek? – przedstawia się kontrowersyjne ustalenia jako nieuniknione absurdy wynikające z nieprawidłowości systemu rządów mitycznej Brukseli. Absolutnie nie zmienia stanu rzeczy, że wyniki obu tych debat na szczeblu krajowym mogłyby być podobne, o ile nie identyczne. Wcale nie tylko „wszechwładna Bruksela” odpowiada za regulacje prawne w sprawach ochrony zdrowia, norm produkcji, praw pracowniczych, ochrony środowiska czy bezpieczeństwa transportu, ale debata obywatelska, i formułowane przez obywateli wezwania do działań w odpowiedzi na ich uzasadniony niepokój. Inicjatywy zmierzające do uregulowania pewnych sfer z zasady nie rodzą się w Brukseli. Rodzą się pośród reprezentantów społeczeństwa, przedsiębiorców i pracowników, wypływają z debaty publicznej prowadzonej w drodze reprezentacji politycznej. Tak naprawdę pomysły regulacji kwestii żarówek i opakowań oliwy z oliwek wyszły od państw członkowskich. Zajęliśmy się żarówkami, bo zależy nam na efektywności energetycznej. Musimy jednak zaprzestać wtrącania się do opakowań oliwy z oliwek, bo takie sprawy nie wymagają roztrząsania na poziomie Unii.

Trzeba też zauważyć pewną asymetrię dialektyki politycznej na szczeblu krajowym i na szczeblu europejskim. Na poziomie kraju panuje logika sporu między władzą a opozycją, co sprawia, że w każdej dyskusji mamy „partię za” i „partię przeciw”. Na poziomie Europy taka dychotomia nie występuje, dlatego nie ma stronnictwa popierającego wszystko, co robi Unia. To głównie Komisja, w myśl traktatów ustanowiona strażniczką ogólnoeuropejskiego interesu, musi zwykle ujmować się za uzgodnionymi wspólnie decyzjami. Zbyt często jednak pozostaje ona osamotniona, bez faktycznego poparcia w systemie, gdzie wszyscy pozostali mają luksus sytuowania się jednocześnie po obu stronach barykady.

Oznacza to nieunikniony dysonans poznawczy, jaki rozdziela polityczny proces decyzyjny w skali europejskiej i jego krajowe odpowiedniki. Czasem prowadzi to do niemal schizofrenicznych postaw. Krajowi politycy mogą żądać znacznie więcej na poziomie europejskim, niż na własnym podwórku, bo nie muszą ponosić odpowiedzialności za doprowadzenie do podjęcia i wdrożenia wspólnych decyzji. Pokusa łatwego zrzucenia odpowiedzialności na innych czyha na każdym kroku. I mogę Państwu powiedzieć, z własnego doświadczenia, że często zdarza się, że ta sama partia w stolicy mówi, że coś jest białe a w Parlamencie Europejskim w Strasburgu, że to coś jest czarne. Dobrze Państwo słyszą: nie po prostu coś nieco innego, ale coś wręcz przeciwnego!

I wreszcie, sankcja polityczna dla wszystkich uczestników – tak krajowych jak i Europejskich – jest odległa jak dynamika krajowych kampanii wyborczych. Brak faktycznej ogólnoeuropejskiej sankcji wyborczej, która rządziłaby się własnymi kryteriami, niezależnymi od sytuacji poszczególnych państw.

Ostatecznie problem sprowadza się do tego, że każde z państw pragnie widzieć Europę jako wielkoformatową projekcję własnych aspiracji, a kiedy inni widzą to inaczej, od razu stwierdzają, że to Europa ma problem. Wiele państw członkowskich żywi nadzieję lub iluzję, że cała Europa da się uformować na ich obraz i podobieństwo, a przecież jak dotąd nie stała się ona powiększoną Francją czy Wielką Brytanią, i na pewno tak się nie stanie. A nawet jeśli wielu sądzi, że obecnie Europa staje się wielką projekcją Niemiec, to z całą pewnością nie tak widzi to większość Niemców.

Podobnie, wielu polityków skupia się na mikroregulacji własnych ulubionych zagadnienień, jednocześnie oskarżając innych o to samo, formułując zarzut nieuprawnionej i nadmiernej ingerencji. Nic bardziej szkodliwego dla naszej Unii niż tendencja nieskutecznych polityków do obwiniania braków Europy za swoje porażki, żeby tylko nie stawiać czoła własnej niezdolności przekonania większości do swoich pomysłów. Tym samym dochodzimy do najtrudniejszego dylematu, który tkwi w samym centrum dyskusji o przyszłości: zazwyczaj obywatele, którym nie podoba się podjęta na szczeblu krajowym decyzja głosują przeciw tym, którzy ją podjęli. Natomiast kiedy nie podoba im się decyzja podjęta na szczeblu Unii, zwracają się przeciw Europie.

Musimy zacząć od rozwiązania kwestii politycznej. Dlatego gdy ktoś mnie pyta: „Jaki jest tak naprawdę nasz problem?” – odpowiadam: „To polityka, głupcze!”

W państwie narodowym nie ma w zasadzie problemu legitymacji rządów. W normalnych warunkach różnice polityczne nie muszą prowadzić do podważania ustroju, całego systemu politycznego. Tymczasem w Unii Europejskiej legitymizacja władzy polega w dalszym ciągu na osiąganiu konkretnych rezultatów. Dlatego właśnie, o ile brak poparcia dla krajowych instytucji lub partii politycznych zwykle nie przeradza się w groźbę dla jedności narodowej, o tyle brak poparcia dla instytucji unijnych może zagrozić samej integracji europejskiej. Każdy projekt polityczny wymaga w istocie pewnego minimum trwałego poparcia, czy to jawnego, czy domyślnego. Oprócz potrzeby wzniesienia się ponad zakradające się zwątpienie i powszechne lęki zwykłych obywateli, towarzyszące ich wyobrażeniom na temat większości instytucji i elit władzy w dobie globalizacji, Unia Europejska stoi ostatnio przed bardzo szczególnym wyzwaniem: wobec podnoszących się głosów eurosceptyków, a nawet eurofobów, wiele sił politycznego mainstreamu zaczęło przyswajać język i argumenty populistów, zamiast się im przeciwstawić. Od centrolewicy po centroprawicę, polityczne stronnictwa i ich liderzy muszą zebrać się na odwagę i, że tak powiem: opuścić strefę bezpieczeństwa. Zamiast oddawać pole debaty ekstremistom, muszą odzyskać swój głos. Muszą opowiedzieć się za pozytywnym programem dla Europy, tak na poziomie krajowym, jak i unijnym.

Żadne zmiany w traktatach ani żadne zmiany instytucjonalne nie zastąpią politycznej woli budowy Europy. Cieszę się, że myśl ta zaczyna powoli być przyjmowana za fakt. Jak stwierdził kiedyś Friedrich Hölderlin: „Wo die Gefahr ist, wächst das Rettende auch” („Lecz gdzie przeszkody, tam i ratunek się zjawia”. F. Hölderlin, Nocny wędrowiec. Poezje. tłum. Andrzej Lam, Kraków 2002, s. 164).

Przeszkody polityczne należy jak najszybciej usunąć, aby wzmocnić legitymację i skuteczność idei Europy.

Aby zminimalizować skutki tych przeszkód potrzebne jest nam zdecydowane przywództwo, działanie i poczucie odpowiedzialności za projekt jakim jest Unia Europejska pojmowana jako składnik życia politycznego i społecznego państw członkowskich. Musimy przyjąć do wiadomości, że polityka europejska nie jest już wcale polityką zagraniczną. Dziś, w naszych państwach członkowskich jest to polityka wewnętrzna.

Musimy wypracować nowy model współdziałania (niem. Kooperationsverhältnis) między Unią, jej instytucjami i państwami członkowskimi. Mówiąc o „nowym modelu współdziałania” mam na myśli zasadę, zgodnie z którą instytucje i państwa członkowskie wychodzą daleko poza ramy zapisanej już w traktatach, szczególnie w art. 4 TFUE, lojalnej współpracy i współdziałają w sposób, który zwiększa zgodność podejmowanych na różnych szczeblach decyzji.

Zbyt długo oczekiwano, przynajmniej w zamkniętym brukselskim świecie, że instytucje UE będą zawsze starały się wykroczyć poza uprawnienia nadane im traktatami, podczas gdy w państwach członkowskich oczekiwano, że będą one dążyły do ograniczenia działań instytucji. Należy przezwyciężyć tego rodzaju tendencje, świadczące o braku dojrzałości.

Konieczne jest przypisanie w odpowiedzialny sposób jasnego zakresu uprawnień różnym podmiotom na różnych szczeblach naszej Unii, od poziomu lokalnego, przez regionalny i krajowy aż po poziom ogólnounijny. Uprawnień przestrzeganych w pełni przez wszystkie strony zarówno jeśli chodzi o ich zakres jak i ograniczenia.

Aby możliwe było przejście od współzawodnictwa do współpracy między instytucjami Unii oraz między instytucjami europejskimi i państwami członkowskimi, należy wzmocnić znaczenie partii politycznych na poziomie Unii: dzięki temu można będzie połączyć interesy polityczne, usystematyzować priorytety polityki i zapewnić jej spójność.

Z tego względu decyzja o zdynamizowaniu wyborów do Parlamentu Europejskiego poprzez nominowanie przez partie polityczne najlepszych kandydatów (niem. Spitzenkandidaten) na stanowisko przewodniczącego Komisji wydaje się krokiem w słusznym kierunku.

Nie kryjąc ograniczeń trwającego procesu, uważam, że służy on umocnieniu europejskiego charakteru nadchodzących wyborów. Wspiera on partie, które chcą zwiększyć wysiłki na rzecz stopniowego kształtowania europejskiej sfery publicznej. Dziwnym może się tylko zdawać (a może właśnie wcale nie jest), że siły polityczne, które zawsze krytykowały brak demokratycznej rozliczalności w Europie odrzucają dziś właśnie te środki, które mają ją wzmocnić. Bez dwóch zdań: demokracje narodowe są nieodzowne dla pełnej legitymizacji Unii Europejskiej, ale błędem byłoby powstrzymywanie rozwoju niezależnej demokracji w skali europejskiej. Obecny system ten jest nadal daleki od doskonałości, lecz blokowanie jego rozwoju oznaczałoby krok wstecz.

W okresie powyborczym proces ten należy kontynuować w oparciu o zgodę nie tylko co do poszczególnych kandydatów, lecz również co do politycznych priorytetów. I to nie tylko w obrębie poszczególnych instytucji. Również na poziomie międzyinstytucjonalnym. Ujmując rzecz konkretnie oznacza to zawarcie porozumienia pomiędzy Parlamentem Europejskim, Radą i Komisją w odniesieniu do priorytetów, zarówno zdefiniowanych pozytywnie jak i negatywnie, na nową kadencję. Mogłoby temu towarzyszyć nowe porozumienie w sprawie lepszego stanowienia prawa, mające na celu ograniczenie zbędnego obciążenia administracyjnego.

W przeciwnym razie nigdy nie uda się osiągnąć prawdziwej zgody do co tego w jakich kwestiach Unia powinna mieć rozstrzygający głos, a w jakich nie.

Szanowni Państwo!

Tylko na takich podstawach będzie można dokonać czegoś więcej niż wymuszone i wycinkowe dostosowania obecnych ram prawnych Unii.

W dającej się przewidzieć przyszłości, jak sądzę, nie dojdzie w Europie do konwencji filadelfijskiej: stworzenia zupełnie nowej konstytucji. Rozwój Unii będzie nadal przebiegał raczej na drodze ciągłych reform niż niekończącej się rewolucji.

Aby te ciągłe reformy prowadziły do sukcesów a każdy ich etap był zgodny z ogólną wizją, która za nimi stoi, należy moim zdaniem przestrzegać kilku zasad:

po pierwsze dalszy rozwój Unii powinien przebiegać w oparciu o postanowienia obowiązujących traktatów i metodę wspólnotową, ponieważ wyjście poza te ramy skutkowałoby fragmentaryzacją, nakładaniem się na siebie struktur, a w dalszej perspektywie brakiem spójności i skuteczności.

Po drugie zanim przystąpi się do tworzenia dalszych przepisów należy zadbać o uproszczenie już istniejących i o usunięcie sprzeczności zachodzących w ramach traktatów oraz między traktatami a innymi instrumentami. Przede wszystkim oznacza to, że międzyrządowe instrumenty jak Europejski Mechanizm Stabilności i pakt fiskalny powinny jak najszybciej zostać włączone do traktatów.

Po trzecie wszelkie nowe międzyrządowe rozwiązania należy traktować wyłącznie jako wyjątkowe i tymczasowe, aby uniknąć problemów w zakresie rozliczalności i spójności.

Po czwarte Unia powinna zawsze dążyć do tego, aby zmiany obejmowały w miarę możliwości każde z obecnych 28 państw członkowskich. Jeśli zachodzi konieczność pogłębienia integracji w ramach innych formacji, w szczególności między obecnymi i przyszłymi członkami jednej waluty, Unia powinna zapewniać możliwość uczestnictwa dla wszystkich chcących przystąpić do danej formacji. Podstawową metodą zacieśniania integracji w grupie państw członkowskich pozostaje wzmocniona współpraca, przewidziana w traktatach.

Po piąte dalszy rozwój Unii powinien przebiegać w jasno określonej kolejności, etapami, a przyszłe działania należy podejmować przede wszystkim w oparciu o możliwości przewidziane w traktatach w ich obecnej formie, bez uwarunkowań nieprzewidzianych w tych traktatach, tak aby zmiany traktatów dotyczyły głównie sytuacji w których prawodawstwo wtórne nie zostało przewidziane w prawie pierwotnym.

Po szóste tempa zmian nie może dyktować ich najbardziej niechętny uczestnik. Prędkości Europy nie mogą wyznaczać najpowolniejsi z nas.

Po siódme wreszcie, zawsze gdy kolejna zmiana traktatu zostanie uznana za konieczną, należy szczegółowo poinformować o jej przyczynach i poddać ją dogłębnej debacie, również publicznej, zanim zostanie ona przedstawiona do negocjacji i ratyfikacji.

W chwili obecnej stoimy rzecz jasna przed szczególnym wyzwaniem jakim jest relacja pomiędzy jedną walutą, strefą euro a UE jako całością. Jestem jednak przekonany, że logika traktatów podpowiada nam użyteczne rozwiązanie w tym przypadku.

Zgodnie z postanowieniami traktatów, jedna waluta została przewidziana dla wszystkich państw członkowskich, z wyjątkiem państw, które objęto klauzulą opt-out na stałe. I tak naprawdę jest tylko jedno państwo członkowskie, w odniesieniu do którego obowiązuje na stałe klauzula opt-out - to Zjednoczone Królestwo.

Nawet status Danii można określić raczej jako status potencjalnego przyszłego członka niż jako państwa objętego klauzulą opt-out na stałe. Pozostałe państwa zobowiązały się do przyjęcia euro. Zajmie to trochę czasu i będzie z pewnością wymagało dokładniejszych niż w przeszłości przygotowań.

Błędem jednak byłoby przekształcenie procesu konwergencji w strukturę o różnych prędkościach. Tym bardziej, że zebrane w wyniku reakcji na kryzys doświadczenia wykazują, że głębokie podziały, jakie ujawniły dyskusje nie tworzą się pomiędzy obecnymi i przyszłymi członkami strefy euro. Poczynając od paktu euro plus po pakt fiskalny, od jednolitego mechanizmu nadzorczego po jednolity mechanizm restrukturyzacji i uporządkowanej likwidacji, kiedy 17 lub 18 członków poparło ambitniejszy projekt, prawie wszyscy inni podążali w ich ślady i wnosili swój wkład. Wielokrotnie siły dośrodkowe okazywały się silniejsze niż odśrodkowe.

Marzenia niektórych o doprowadzeniu do odrodzenia Unii poprzez utworzenie mniejszej strefy euro, nieobejmującej wszystkich 28 państw członkowskich UE nie stanowią odpowiedzi na nieprawidłowości systemowe czy brak potencjału demonstrowany przez 28 członków. Wyrażają tęsknotę za bardziej intymnymi rozwiązaniami, za powrotem do błędnie uznawanych za lepsze rozwiązań w mniej licznym gronie, do czasów gdy integracja była łatwiejsza i teoretycznie spójniejsza. Czas jednak nikogo nie oszczędza a historia toczy się dalej. Gra w przeciwstawianie jądra Europy jej peryferiom, jakkolwiek pojmowanym, osłabi nas wszystkich.

W tym miejscu należy chyba odnieść się do relacji łączących Unie Europejską ze Zjednoczonym Królestwem. Szczerze wierzę, że Europa jest silniejsza mając Zjednoczone Królestwo za członka, a Zjednoczone Królestwo jest silniejsze jako członek Unii Europejskiej, niż jako odosobnione państwo. Przyznaję jednak, że istnieją powody historyczne, geopolityczne i gospodarcze, z uwagi na które przypadek Zjednoczonego Królestwa jest szczególny. Z tych właśnie powodów byłoby błędem zastosowanie rozwiązań dotyczących tak osobnego przypadku jakim jest Zjednoczone Królestwo w odniesieniu do wszystkich innych członków. Możemy i powinniśmy znajdować rozwiązania szczególne w odniesieniu do Zjednoczonego Królestwa, tak długo jak długo nie zagrażają one ogólnej spójności Unii.

Nie należy jednak zakładać, że szczególna sytuacja tego państwa jest sytuacją całej Unii – nawet jeśli w niektórych kwestiach w danym momencie sądzą tak inne rządy.

Szanowni Państwo!

Z uwagi na wyżej wymienione zasady, w najbliższych latach wiele obszarów polityki będzie wymagało podjęcia debaty, działań i decyzji w celu uzyskania konkretnych ulepszeń instytucyjnych: 1) zacieśnianie unii gospodarczej i walutowej, zgodnie z planem działania Komisji; 2) skuteczniejsze reprezentowanie Unii na forum międzynarodowym; 3) wzmacnianie wartości i obywatelstwa Unii; 4) lepszy podział prac regulacyjnych; 5) potrzeba udoskonalenia naszej unii politycznej.

W odniesieniu do zacieśniania unii gospodarczej i walutowej Plan działania na rzecz pogłębionej i rzeczywistej unii gospodarczej i walutowej nadal zawiera aktualną wizję. Stanowi on połączenie istotnych ambicji z odpowiednim harmonogramem. W pierwszej kolejności należy w pełni wdrożyć przepisy w zakresie zreformowanego unijnego zarządzania gospodarką. Po osiągnięciu tego, można rozważyć wprowadzenie stopniowego rozwoju mechanizmu zdolności finansowej w strefie euro, popartego dodatkową koordynacją polityki fiskalnej i rynków pracy. Tego rodzaju zmianom, które w ostatecznym rozrachunku spowodują konieczność zmiany traktatów, musi towarzyszyć proporcjonalna legitymizacja i rozliczalność demokratyczna. Pogłębienie integracji fiskalnej i bardziej federacyjne podejście w ramach strefy euro muszą obejmować nie tylko obecnych jej członków. Muszą one pozostać otwarte dla przyszłych i potencjalnych członków i być oparte na poszanowaniu integralności jednolitego rynku i polityk prowadzonych przez Unię pojmowaną jako całość.

Bardziej skuteczna reprezentacja zewnętrzna wymaga podziału pracy w duchu współdziałania między Unią a sprawującymi rządy w państwach członkowskich. Dająca obecnie dobre wyniki współpraca między przewodniczącymi Rady Europejskiej i Komisji stanowi użyteczny w tej materii przykład. Dla Wysokiego Przedstawiciela/Wiceprzewodniczącego Komisji należy przewidzieć skutecznych politycznych zastępców z ramienia Komisji i Rady. Należy w pełni wykorzystać przewidziany w traktacie lizbońskim potencjał wspólnej reprezentacji zewnętrznej. Połączenie polityki zagranicznej z zewnętrznymi aspektami polityki wewnętrznej stanowi o sile Unii w świecie. Sprawia ono, że obciążenie jest lepiej dzielone między Unię i jej państwa członkowskie. Należy przede wszystkim kontynuować pracę nad wspólną polityką bezpieczeństwa i obrony. Zabiegi o spójną reprezentację zewnętrzną dla strefy euro w międzynarodowych instytucjach finansowych stanowią wymowny przykład tych wysiłków.

Wzmocnienie wartości i obywatelstwa Unii wymaga pełnego poszanowania dla rządów prawa, unijnych praw, gwarancji i wolności, i ich wdrożenia. Należy skonsolidować instrumenty takie jak kontrola przestrzegania praw podstawowych przy ocenie skutków aktów prawnych oraz ochrona ram prawnych rządów prawa przez Komisję. Walkę z naruszaniem praw Unii, w szczególności prawa do swobodnego przemieszczania się, należy prowadzić za pośrednictwem prawodawstwa wtórnego, natomiast prawa tego nie wolno podważać.

Jeśli chodzi o podział prac regulacyjnych, u jego podstaw musi lec założenie, że poziom regulacji w państwach członkowskich Unii nie jest niższy niż poziom regulacji w samej Unii. Zdarzają się oczywiście przypadki nieracjonalnej nadgorliwości ze strony instytucji, w tym również Komisji, jednak nie należy zapominać, że podstawowym motorem procesu regulacyjnego Unii jest konieczność uzgodnienia ze sobą szczegółowych rozwiązań regulacyjnych zastosowanych w 28 państwach członkowskich. Kwestia tego w jakich sprawach Unia powinna mieć rozstrzygający głos, a w jakich nie nie sprowadza się zatem do listy zakazów i nakazów w różnych dziedzinach, lecz raczej dotyczy stopnia intensywności i inwazyjności danych rozwiązań. Odpowiedź na ten problem stanowiłoby nowe międzyinstytucjonalne porozumienie w sprawie lepszego stanowienia prawa, które rozszerzyłoby zakres kontroli sprawności regulacyjnej, a oceną skutków i już podjętymi przez Komisję środkami na rzecz ograniczenia biurokracji objęłoby cały proces legislacyjny. Jest to wreszcie kwestia okresowej weryfikacji politycznej zgody co do priorytetów politycznych, czemu mogłoby sprzyjać wprowadzenie klauzul wygaśnięcia lub zasady braku ciągłości legislacyjnej w momencie wymiany Parlamentu Europejskiego.

Udoskonalenie naszej unii politycznej i zwiększenie legitymizacji demokratycznej, które powinno znaleźć się u podstaw tego, co nazywam Europą 3.0, należy przeprowadzić w oparciu o metodę wspólnotową rozumianą jako system kontroli utrzymujący równowagę pomiędzy instytucjami i państwami członkowskimi, stanowiący najlepszy punkt wyjścia dla ponadnarodowej demokracji. Takiej ponadnarodowej demokracji nie należy tworzyć w oparciu o wielowarstwowe prawo weta, lecz raczej w oparciu o system rozliczalności realizowanej na tym poziomie, na którym podejmowane są decyzje wykonawcze. Na tyle, na ile decyzje wykonawcze podejmowane są przez instytucje europejskie, w szczególności przez Komisję Europejską, ciężar legitymizacji demokratycznej i rozliczalności spoczywa na legislatywie UE, czyli na Parlamencie Europejskim oraz – na miarę jej roli współprawodawcy – na Radzie. Z drugiej strony, na parlamentach narodowych spoczywa obowiązek dbania o legitymizację i rozliczalność decyzji podejmowanych na szczeblu państw członkowskich, a także działań władz państwowych na forum Rady. Relacje pomiędzy parlamentami narodowymi i Parlamentem Europejskim również stanowią istotną część promowanego przeze mnie współdziałania (niem. Kooperationsverhältnis).

Zgodnie z tym rozumowaniem należy w przyszłości zreformować Komisję i nadać jej charakter organu wykonawczego Unii, w tym również funkcję organu skarbowego Unii. Byłaby ona odpowiedzialna przed dwuizbowym organem legislacyjnym składającym się z Parlamentu Europejskiego i Rady, pełniących rolę dwu izb. Aby zapewnić odpowiednią równowagę pomiędzy tworem politycznym i funkcjonalną niezależnością Komisji, obecną formę wotum nieufności wobec Komisji należałoby zastąpić konstruktywnym wotum nieufności, w ramach którego Komisja upadałaby jedynie wówczas gdy bezwzględna większość Parlamentu Europejskiego zgłosiłaby kandydaturę nowego przewodniczącego Komisji Europejskiej.

Wreszcie, aby zapewnić całkowitą spójność i wydajność różnych stanowisk wykonawczych na poziomie Unii, a także ich legitymację demokratyczną i rozliczalność, można rozważyć wprowadzenie dalszych zmian. W średnioterminowej perspektywie można by połączyć urząd Wiceprzewodniczącego Komisji odpowiedzialnego za sprawy gospodarcze i walutowe oraz euro z urzędem Przewodniczącego Eurogrupy. Bardziej radykalne zmiany, takie jak połączenie urzędu Przewodniczącego Komisji Europejskiej z urzędem Przewodniczącego Rady Europejskiej, są z całą pewnością kwestią bardziej długoterminową.

Jednak w obliczu prawdopodobnego rozwoju integracji europejskiej, przede wszystkim w strefie euro, tego rodzaju połączenie miałoby sens, ponieważ zwiększyłoby ono spójność i widoczność politycznego systemu Unii Europejskiej na forum międzynarodowym i w samej Unii. Możliwe są również rozwiązania przejściowe i pośrednie. Ważne jest jednak aby pamiętać, że te zmiany instytucjonalne mogą się powieść jedynie wówczas gdy w dającej się przewidzieć przyszłości uda nam się osiągnąć niezbędne postępy w obszarze polityki i dalszej konwergencji polityk.

Powtórzmy zatem: It's the politics, stupid!

Tylko polityka stwarza możliwości, które można wypełnić rozwojem instytucjonalnym, nigdy odwrotnie!

Szanowni Państwo, pozwolicie, że będę zmierzał do konkluzji.

Integracja europejska będzie zawsze przebiegała etapami. Wiedzieliśmy o tym od początku, od słynnej deklaracji Schumanna: „L’Europe ne se fera pas d’un coup, ni dans une construction d’ensemble. („Europa nie powstanie od razu ani w całości”.- Deklaracja Schumana – 9 maja 1950 r.)

Takie pragmatyczne podejście nigdy nie stało w sprzeczności z wysiłkami na rzecz urzeczywistnienia wizji. Naszego snu, naszej aspiracji, tego, co niemiecki filozof Sloterdijk nazywa „snem na jawie”.

Jest to nadal najbardziej nowatorski projekt najnowszej historii. Jego potencjał i atrakcyjność są uderzające. Możliwość jego adaptacji jest niespotykana. Jednak muszą zostać spełnione pewne warunki: przywództwo musi być jasno określone, współpraca prowadzona w sposób dojrzały, a polityka europejska w ofensywie.

To właśnie o to będzie toczyła się gra w nadchodzących wyborach europejskich. Wybory są najlepszym momentem aby wyrazić poparcie dla tego co osiągnęliśmy i zbudować porozumienie wokół spraw do załatwienia, przemówić w imieniu realnej Europy i nawoływać do realizacji wizji Europy jaką mogłaby ona być.

Te wybory mają ogromne znaczenie!

W ciągu dziesięciu lat pełnienia funkcji Przewodniczącego Komisji Europejskiej starałem się umocnić fundamenty pragmatycznej, spójnej i odpornej Unii Europejskiej. Pomimo że reakcje Unii Europejskiej nie zawsze odzwierciedlały początkowy poziom jej ambicji, jestem przekonany, że Komisja odgrywa i będzie nadal odgrywać istotną rolę.

Pracowaliśmy na rzecz utrzymania jedności Europy, jej otwartości i siły. Europa stała się silniejsza, ponieważ gospodarki państw członkowskich stają się bardziej konkurencyjne na globalnym rynku. Jest również silniejsza, ponieważ imponująco wzmocniliśmy na poziomie Europy zarządzanie naszą gospodarką i finansami.

Teraz trzeba tę pracę kontynuować. Jest to projekt wyjątkowy. Jest to projekt konieczny. Jest to projekt, z którego możemy być dumni.

Miałem okazję przyczynić się do zażegnania niektórych z najbardziej zagrażających istnieniu Unii Europejskiej wydarzeń w jej historii i miałem zaszczyt rozpocząć reformy oparte na wnioskach wyciągniętych z tych doświadczeń. Prawdziwą nagrodę jednak dla wszystkich uczestników tych wydarzeń będzie stanowiło nie rozpoczęcie, lecz zakończenie całego procesu.

Dlatego nie ustawajmy w wysiłkach.

Podejmijmy trud „codziennej reformy”.

Pracujmy nadal uzbrojeni w coś, co jeden z moich poprzedników, François-Xavier Ortoli, nazwał „le courage de chaque jour” - odwagą dnia powszedniego.

I w imię wszystkich, którzy podzielają ze mną – i, mam nadzieję, z państwem – tę pasję, tę miłość do Europy, nie ustawajmy w wysiłkach, dążąc do stworzenia dla każdego godnych warunków do życia – godnego społeczeństwa. Bo ostatecznie nie chodzi o koncept, nie chodzi o figury stylu, i nie chodzi o gospodarkę, ale przede wszystkim o wartości. A Europa znaczy dla mnie właśnie pokój, wolność i solidarność.

Dziękuję Państwu za uwagę.

1 :

Jesteśmy w Europie i to w Europie wszyscy znajdziemy swoje ocalenie lub wszyscy zginiemy.

2 :

Komunikat Komisji „Działanie na rzecz stabilności, wzrostu gospodarczego i zatrudnienia” z 30 maja 2012 r.


Side Bar

My account

Manage your searches and email notifications


Help us improve our website